— A przecież się szykują — odpowiedziałem mu. — Myślałem, że to sprawdzanie.

— Wylazł ze sprawdzaniem! — krzyknął jeden z aresztantów.

— Żelazny nos — odezwał się drugi.

— Dławimuchy! — przemówił trzeci z nieopisaną pogardą. Nowe to przezwisko wywołało powszechny śmiech.

— Na łaskawym chlebie żyje w kuchni — dorzucił ktoś jeszcze.

— Im wszędzie raj. Tu katorga, a oni kołacze jedzą i prosięta kupują. Ty przecież swoje własne jesz, po cóż tu leziesz?

— To nie miejsce dla was — przemówił Kulikow, niedbale podchodząc ku mnie. Wziął mnie za rękę i wyprowadził z szeregów.

Sam był blady, jego czarne oczy błyskały, zagryzał dolną wargę. Nie czekał na majora z zimną krwią. Muszę dodać, żem ogromnie lubił patrzeć na Kulikowa w podobnych razach, to jest wtedy, kiedy mu trzeba było się pokazać. Strasznie lubił pozować, ale też i robił swoje. Zdaje mi się, że i skazany na śmierć szedłby z pewnym szykiem i elegancją. Teraz, kiedy wszyscy mówili mi „ty” i urągali, on widocznie umyślnie podwoił swoją grzeczność względem mnie; pomimo to jednak ton jego słów był jakiś dumny, nalegający, który zdawał się nie dopuszczać przeczenia.

— My tu o swoich sprawach, Aleksandrze Piotrowiczu, wy tu nie macie nic do czynienia. Idźcie gdziekolwiek, przeczekajcie...

— Pod dziesiąty filar, gdzie mieszka Antypka152 bezpięty! — dorzucił ktoś urągliwie.