— Bardzo lubię twoje oczy — rzekła Ermengarda, patrząc w nie z wyrazem serdeczności. — Wyglądają tak, jak gdyby umiały wzrokiem sięgać daleko. Lubię je i za to, że są zielone, choć często wpadają jakby w czarną barwę.
— Mam kocie oczy — zaśmiała się Sara — ale nie widzę nic w ciemności. Próbowałam czasami coś dostrzec, ale mi się nie udawało, pomimo że pragnęłam tego gorąco.
W tejże chwili za oknem zdarzyło się coś niezwykłego, czego nie zauważyła ani Sara, ani Ermengarda. Gdyby choć jedna z nich odwróciła się i popatrzyła w ową stronę, niechybnie przeraziłaby się widokiem czarnej twarzy, która zajrzała ostrożnie do pokoju i znikła równie szybko, jak się pojawiła — niestety nie tak cicho. Sara, która miała słuch bystry, obejrzała się i rzuciła okiem w stronę sufitu.
— To chyba nie był Melchizedech — rzekła. — Nie było słychać skrobania pazurkami.
— Co takiego? — spytała Ermengarda, nieco zaniepokojona.
— Czy nie słyszałaś żadnego szmeru?
— N-nie — wyjąkała Ermengarda. — A ty?
— Może to było tylko złudzenie... ale zdawało mi się, że coś się przesuwało cichutko po dachówkach.
— Co to mogło być? — zapytała Ermengarda. — Czyżby złodzieje?
— Nie — zaśmiała się Sara. — Tu nie ma co kraść.