— Nie kłam! — krzyknęła. — Ruszaj mi natychmiast do swego pokoju!
Sara i Ermengarda posłyszały jeszcze jedno zdarzenie, a potem odgłos zdeptanych trzewików, biegnących i potykających się na schodach. Posłyszały, jak Becky wbiegła do pokoju, jak zamykała drzwi za sobą — i odgadły, że rzuciła się na łóżko.
— Mogłabym zjeść i dwa takie paśtety, a dyć nie wzięnam ani kawałecka — łkała do poduszki. — To kucharka dała ten paśtet swojemu policyjonowi.
Sara stała w ciemności pośrodku pokoju, zaciskając zęby, na przemian otwierając i kurcząc rozpostarte dłonie. Ledwo mogła ustać na miejscu — jednakże nie odważyła się poruszyć, póki miss Minchin nie zeszła na dół i wszystko nie ucichło.
— Ależ to niedobra, okrutna kobieta! — wybuchnęła. — Kucharka sama przywłaszcza sobie różne rzeczy, a potem mówi, że to Becky je kradnie. Ale ona nigdy, nigdy nic nie ukradła... choć nieraz jest tak głodna, że zjada skórki chleba, rzucone do popielnika!
Zakryła twarz obiema rękami i wybuchnęła gwałtownym łkaniem. Ermengarda, słysząc ten płacz, była zdumiona i przerażona. Sara — ta niezwyciężona Sara — płakała! To jakby oznaczało coś nowego — jakieś nowe jej usposobienie, którego dotąd Ermengarda u niej nie spotykała. A gdyby... a gdyby...! Nowa, okropna możliwość zarysowała się nagle w poczciwym, ślamazarnym umyśle Ermengardy. Zeszła z łóżka i po omacku w ciemności doszła do stołu, na którym stała świeca. Potarła zapałkę i zapaliła świecę, po czym pochyliła się naprzód i spojrzała na Sarę oczyma pełnymi lęku, zrodzonego z nowej, nagle rozwiniętej myśli.
— Saro! — zapytała trwożnym głosem — czy ty... czy ty... Tyś mi nigdy tego nie mówiła... nie chciałabym ci zrobić przykrości, ale... ale... czy ty bywasz głodna?
Pytanie to przełamało nagle zaporę uczucia. Sara odjęła ręce od twarzy.
— Tak! — odpowiedziała niespotykanym u niej tonem rozżalonym i bolesnym. — Tak! Jestem teraz tak głodna, że zjadłabym nawet ciebie. Dlatego tym ciężej jest mi słuchać płaczu biednej Becky. Ona cierpi głód o wiele dotkliwszy.
Ermengarda westchnęła.