A Sara snuła dalszy ciąg swej przemowy. To, co mówiła, niejeden człowiek poczytałby za piękną bajkę, jednakże w jej wyobraźni przedstawiało się tak prawdziwie, że Lottie chcąc nie chcąc poczęła się przysłuchiwać. Dotychczas opowiadano jej, że mamusia ma skrzydełka i aureolę, i pokazywano jej obrazki, które przedstawiały istoty w białych powłóczystych szatach, zwane aniołami. Natomiast Sara opowiadała jej jakby jakąś prawdziwą opowieść o przepięknym kraju, gdzie żyją prawdziwi ludzie.
— Są tam wielkie łąki pełne kwiatów — mówiła, zapominając się zupełnie, jak zwykle w podobnych razach i jakby majacząc we śnie — całe łany lilii... rozlewa się miły zapach w powietrzu... i wszyscy oddychają tym zapachem, bo ten wietrzyk wieje bez ustanku. A małe dzieci biegają po tych łanach liliowych, zbierają całe naręcza kwiatów, śmieją się i splatają wianki. A wszystkie drogi i ulice błyszczą i połyskują... i choćby ktoś szedł nimi nie wiedzieć jak daleko, nigdy nie bywa zmęczony... Wolno tam każdemu chodzić, gdzie mu się podoba... Dokoła miasta są mury z pereł i ze złota, ale tak niskie, że ludzie mogą opierać się na nich jak na poręczach balkonów, spoglądać w stronę ziemi, uśmiechać się do niej i przesyłać na nią miłe wieści.
Jakąkolwiek opowiadano by powiastkę, Lottie niewątpliwie słuchałaby jej z zachwytem i pod jej wrażeniem zapomniałaby o płaczu; jednak bajka, którą słyszała w tej chwili, była niezaprzeczenie najpiękniejsza ze wszystkich dotychczasowych. Lottie przytuliła się do Sary i łowiła uchem każde słowo. Niestety wszystko w świecie się kończy — skończyła się i bajka. Lottie tak się zmartwiła tym — wedle niej zbyt rychłym zakończeniem, że znów wykrzywiła usta w podkówkę.
— Ja chciałabym tam pójść — zakwiliła. — Ja... tu... w tej szkole... nie mam mamusi...
Sara zauważyła sygnał ostrzegawczy i ocknęła się ze snu. Ujęła pulchną łapunię dziewczynki i z przymilnym śmiechem przycisnęła ją do serca.
— Ja będę twoją mamusią — odezwała się. — Będziemy się bawiły, że jesteś moją córeczką, a Emilka będzie twoją siostrzyczką.
Na twarzyczce Lottie zaczęły ukazywać się dołki uśmiechu.
— Będzie moją siostrzyczką? — zapytała.
— Tak — odpowiedziała Sara, zrywając się na nogi. — Chodźmy jej to powiedzieć. A potem umyję ci buzię i uczeszę włoski.
Lottie przystała na to z radością i wypadłszy z pokoju, wbiegła z Sarą na schody, zgoła nie pamiętając o tym, że przyczyną niedawnej tragedii była wyrażona przez nią odmowa uczesania się i umycia przed obiadem i wynikłe stąd odwołanie się do groźnego autorytetu miss Minchin.