— Czy on... czy on nie wypadnie nagle i nie skoczy na łóżko? — zapytała.

— Nie — odpowiedziała Sara. — On jest tak dobrze wychowany, jak i my. Zachowuje się zupełnie jak człowiek. No, popatrz!

Zagwizdała tak cicho i przymilnie, że jedynie w zupełnej ciszy można było głos ten dosłyszeć. Powtórzyła to kilkakrotnie, całkowicie pochłonięta tą czynnością. Ermengardzie przyszło na myśl, że przyjaciółka jej wygląda na wróżkę, odprawiającą czary. W końcu — widocznie w odpowiedzi na owo zaklęcie — z nory wysunął się łepek o szarych wąsach i błyszczących ślepkach. Sara rozsypała kilka okruszyn, trzymanych w dłoni, a Melchizedech wylazł spokojnie z nory i począł je zajadać; jeden kawałek, większy od innych, zachował sobie na ostatek — aż uporawszy się z tamtymi, porwał go i uniósł pospiesznie do swego mieszkanka.

— Ta porcja jest przeznaczona dla jego żony i dzieci — wyjaśniła Sara towarzyszce. — To bardzo poczciwy szczurek; sam zadowala się mniejszymi okruszkami. Za każdym razem, gdy wraca do nory, cała jego rodzina aż piszczy z uciechy. Już potrafię odróżnić trzy rodzaje pisków; innym głosem piszczą szczurzęta, innym pani Melchizedechowa, a jeszcze innym sam Melchizedech.

Ermengarda zaczęła się śmiać.

— Ej Saro! — zawołała. — Jakaś ty zabawna... ale i dobra!

— Wiem, że jestem zabawna — potwierdziła Sara, śmiejąc się wesoło — a staram się być dobra.

Przetarła czoło małą, brunatną rączką, a na twarzy pojawił się wyraz smutku i rozrzewnienia.

— Tatuś zawsze śmiał się ze mnie, nazywał mnie dziwaczką, ale bardzo mu się podobały moje wymysły i urojenia. Trudno, nie poradzę nic na to, że mam żyłkę do różnych pomysłów. Gdybym jej nie miała, na pewno bym nie potrafiła żyć... przynajmniej nie potrafiłabym żyć tutaj — dodała sciszonym głosem, rozglądając się po pokoju.

Ermengarda, jak zwykle, nie mogła się oprzeć ciekawości.