— Żebraczka nigdy by takich słów nie powiedziała — oświadczyła Janet. — Powiedziałaby na pewno: „Bóg zapłać paniczowi... pięknie dziękuję!”, a może by się jeszcze ukłoniła nisko.

Sara nawet się nie domyślała, że od tego czasu Duża Rodzina zaczęła się tak żywo interesować jej losem i osobą, jak ona wpierw interesowała się jej życiem. Ilekroć przechodziła przez ulicę, w oknie dziecinnego pokoju ukazywały się zaciekawione twarze, a przy ognisku kominka toczyło się wiele rozmów na jej temat.

— Ona jest podobno służącą w tej szkole — mówiła Janet. — Zdaje mi się, że to sierota pozbawiona opieki; jednakże, choć tak zaniedbana i obszarpana, nie jest na pewno żebraczką.

Odtąd przezwano Sarę jednogłośnie dziewczynką, która nie jest żebraczką. Miano to było, co prawda, przydługie i brzmiało niekiedy dość zabawnie, zwłaszcza w ustach młodszej dziatwy.

Sara wywierciła dziurkę w pieniążku sześciopensowym i zawiesiła go sobie na wąskiej tasiemce dokoła szyi. Jej sympatia dla Dużej Rodziny wzrastała z każdym dniem — podobnie zresztą, jak wzrastały jej sympatie do wszelkich osób, które polubiła. Tak więc coraz bardziej przywiązywała się do Becky, a zawsze z wielką niecierpliwością wyczekiwała tych dwóch dni w tygodniu, kiedy zachodziła do sali szkolnej, by udzielać lekcji francuskiego najmłodszym dziewczynkom. Małe uczenniczki bardzo ją kochały i biły się o ten przywilej, by móc stać jak najbliżej przy niej i ściskać ją za rękę. Z wróblami tak się zaprzyjaźniła, że ilekroć stanęła na stole swego pokoju i wytknąwszy głowę przez okno, zaćwierkała ich głosem, w tejże niemal chwili rozlegał się chór poćwierkiwań i trzepot skrzydełek, po czym pojawiała się gromadka szarych miejskich ptaszków-włóczęgów i obsiadała dachówki, by dziobać sypane przez nią okruszyny i gwarzyć ze swą chlebodawczynią. Melchizedech tak się z nią spoufalił, że niekiedy przyprowadzał z sobą panią Melchizedechową, a nieraz i parę Melchizedesiątek; ona często z nim rozmawiała, a on zdawał się rozumieć jej słowa.

Z czasem rozbudziło się w jej duszy jakieś dziwne uczucie względem Emilki, która stale siedziała i przyglądała się wszystkiemu. Obudziło się ono w chwilach wielkiego osamotnienia. Sara lubiła wierzyć — lub wmawiać w siebie, jakoby wierzyła — że Emilka ją rozumie i z nią współczuje. Nie miała ochoty wyznać przed sobą, że jej jedyna towarzyszka niczego nie słyszy ani nie czuje. Niekiedy umieszczała ją na krześle, siadała naprzeciw niej na starym czerwonym podnóżku, wpatrywała się w nią i roiła o niej różne niestworzone historie, aż w końcu poddawała się dziwnemu jakiemuś — graniczącemu z lękiem — nastrojowi, rozszerzającemu jeszcze bardziej i tak już wielkie jej oczy. Zdarzało się to zwłaszcza nocą, gdy wokoło panowała głucha cisza, przerywana od czasu do czasu jedynie szmerem i piskiem rodziny Melchizedecha w norze pod ścianą.

Jednym z urojeń, jakimi Sara zwykła się zabawiać, było uważanie Emilki za jakąś dobrą, opiekuńczą wróżkę. Poniesiona fantazją, rozbudzoną dłuższym wpatrywaniem się w ulubioną lalkę, zadawała jej niekiedy różnorakie pytania, żywiąc nadzieję, że ona natychmiast odpowie. Lecz Emilka nigdy nie odpowiadała.

— Co się tyczy odpowiadania — mówiła Sara, aby się pocieszyć — to i ja sama czasem nie odpowiadam, gdy nie potrafię nic mądrego wymyślić. Na przykład, gdy ludzie mi urągają67, nie ma na nich lepszego środka, jak nie odpowiadać im ani słowa, tylko popatrzeć na nich... i myśleć. Miss Minchin blednie z wściekłości, ilekroć to uczynię, miss Amelia patrzy na mnie z przestrachem... podobnie i dziewczynki. Gdy ktoś nie wpada w pasję68, ludzie wiedzą, że jest on od nich silniejszy, bo jest na tyle silny, by zapanować nad swym gniewem, na co oni zdobyć się nie potrafią... Dlatego to mówią różne niedorzeczne słowa, jakich wstydziliby się kiedy indziej. Nie ma rzeczy tak silnej, jak gniew... z wyjątkiem tej siły, która potrafi gniew ujarzmić... Ta jeszcze jest silniejsza od gniewu. Dobrą jest rzeczą nie odpowiadać wrogom — i ja też często to czynię. Być może, że Emilka jest bardziej podobna do mnie, niż ja sama, może nie chce odpowiadać nawet swoim przyjaciołom, ale kryje wszystko w głębi serca.

Takimi to argumentami usiłowała przekonać samą siebie, jednakże przychodziło to jej niełatwo. Gdy po ciężkiej całodziennej robocie, po bieganiu za sprawunkami do odległych punktów miasta wśród zimna i pluchy, wracała do domu zgłodniała i zmokła, a mimo to posyłano ją ponownie do miasta, bo nikt na to nie zważał, że była tylko dzieckiem, że chude jej nóżki mogły już być strudzone, a drobne ciałko zziębnięte, gdy darzono ją jedynie opryskliwymi słowami i jeszcze wymagano od niej wdzięczności; gdy kucharka odzywała się do niej w sposób grubiański69 i przykry, gdy musiała znosić zły humor miss Minchin lub gdy spostrzegła, że dziewczynki natrząsają się pokątnie70 z dziur w jej odzieży — wówczas nie zawsze potrafiła ukoić rojeniami swe zbolałe, harde, opuszczone serduszko, widząc, iż Emilka siedzi nieruchomo na krześle i wpatruje się w nią obojętnie.

Pewnego wieczoru, gdy zziębnięta i głodna, z burzą szalejącą w młodej piersi, wróciła na poddasze, Emilka wpatrywała się w nią tak jakoś bezmyślnie, a jej trociniaste nogi i ręce wydawały się tak drętwe i nieruchawe, że Sara straciła już panowanie nad sobą. W tej chwili, prócz Emilki, nie miała nikogo — nikogo w całym świecie. A ona sobie siedziała spokojnie... jakby nic!