Jednym z najgorętszych życzeń Sary było, żeby ktoś się wprowadził do sąsiedniej pustej kamienicy, której poddasze znajdowało się tak blisko jej pokoiku. Nieraz sobie myślała, jakby to było przyjemnie, gdyby pewnego dnia ktoś otworzył tamto okno i wytknął z niego głowę.
— Gdyby to był jakiś miły człowiek — mówiła sobie w duchu — powitałabym go słowami Dzień dobry, a potem jakoś potoczyłaby się rozmowa. Ale nie bardzo mi się wydaje prawdopodobne, by mógł tu spać kto inny, prócz służby.
Pewnego ranka, gdy po odwiedzeniu sklepikarza, rzeźnika i piekarza mijała róg placu, ku wielkiej swej radości zobaczyła, że podczas jej dość długiej bytności w mieście zdarzyło się coś niezwykłego. Oto przed ową pustą kamienicą zatrzymał się wielki wóz, pełen mebli, a koło otwartej bramy krzątali się ludzie, raz po raz wnosząc do wnętrza ciężkie paki i sprzęty.
— Aha! Ktoś się wprowadza! — domyśliła się Sara. — Naprawdę ktoś się wprowadza! Aha! Teraz z pewnością jakaś miła twarz wychyli się z okna na poddaszu!
Miała wielką ochotę przyłączyć się do gromadki gapiów, którzy zatrzymali się na chodniku, by przyjrzeć się wnoszeniu rzeczy. Myślała, że ujrzawszy choćby jeden ze sprzętów, zdołałaby odgadnąć, skąd przybyli i kim są ich właściciele.
— Meble miss Minchin są do niej zupełnie podobne — myślała. — Pamiętam, iż przyszło mi to na myśl w pierwszej chwili, gdym ją ujrzała, pomimo że byłam wtedy jeszcze taka mała. Powiedziałam to później tatusiowi, a on się roześmiał i przyznał mi rację. Jestem pewna, że Duża Rodzina ma wygodne, obszerne sofy i fotele; różowe tapety, które widziałam u nich na ścianach, są zupełnie takie, jak oni... ciepłe, wesołe, łagodne i jasne.
W parę godzin później wysłano ją do zieleniarki po pietruszkę; gdy doszła do schodków, wiodących na ulicę, naraz serce jej poczęło bić szybko. Z wozu meblowego wyjęto właśnie parę mebli i ustawiono na chodniku. Był tam piękny stół starannie odrobiony z drzewa tekowego72, parę krzeseł i szafa suto ozdobiona wschodnią inkrustacją73. Ich widok wzbudził w sercu Sary dręczące, tęskne uczucie. Podobne przedmioty widywała przed laty w Indiach. Pomiędzy rzeczami, zabranymi jej przez miss Minchin, było też i biurko z teku, przesłane przez ojca.
— Ładne to sprzęty! — pomyślała Sara. — Powinny być własnością jakiegoś dobrego człowieka. Jakie to wszystko wspaniałe i piękne! Pewno jakaś bogata rodzina zamieszka w tym domu!
Przez cały dzień nadjeżdżały jedne za drugimi wozy pełne mebli. Kilkakrotnie Sarze udało się zobaczyć niektóre z przedmiotów wnoszonych do domu; okazało się, że miała rację, przypuszczając, iż nowi lokatorzy są ludźmi zamożnymi. Wszystkie meble były kosztowne i piękne, a znaczna ich część pochodziła ze Wschodu. Były tam cudowne kobierce, makaty i ozdoby, przy tym wiele obrazów i stosy książek, mogących zapełnić całą bibliotekę. Wśród innych osobliwości zwrócił uwagę Sary okazały posąg Buddy w ozdobnej kapliczce.
— Ktoś z tej rodziny musiał kiedyś przebywać w Indiach — zawyrokowała Sara. — Widzę bowiem, że nawykli74 do różnych indyjskich przedmiotów i znajdują w nich upodobanie. Bardzo jestem temu rada75. Będę ich uważała za przyjaciół, nawet gdyby żadna głowa nie wychyliła się z okna na poddaszu.