Sacejdos odstał od deski, odjął od niej ręce i nogi i postąpił ku Istagogowi.
— Pójdź przyjacielu! — powtórzył. — Pora nam przetrzeć oczy po krótkim śnie życia na tej ziemi.
Skinął ręką ku oknom, a oczy wszystkich poszły za tym gestem.
W dali, na morzu, które się stąd ciemnem wydawało, zamajaczył wielki okręt kołysany falami.
I znowu zabrzmiał hymn, a na jego jakby fali poczęła się zbliżać ku oknom mała, złocista łódź.
Dwu białych młodzieńców stało w niej, z oczyma utkwionymi w punkt, do którego im przybić rozkazano.
„Jako oddech TWÓJ jest świat — brzmiało powietrze — jako tchnienie TWE jawi się życie i jako nicość jest gdy zechcesz a wciągniesz w głąb swoją wszystkie zjawy, wszystkie znaki Bytu”.
Istagogos, objąwszy ramieniem Sacejdosa, stał na poły zwrócony ku oknu bliższemu tronowi, na którym zmarłego arcykapłana tkwiły zwłoki.
Oczyma szukał czegoś na horyzoncie.
I oto nagle na ustach jego wybiegł uśmiech radosny.