— Durnie! Trzeba było umieścić gdziekolwiek!
— A gdzież? Zresztą któż mógł przeczuć?
— Idioty! Przeklęte idioty! — wrzasnął dyrektor. — Niechże was wszyscy diabli...
Począł się przepychać do mówcy, wołając:
— Jaśnie Wielmożny Panie!... Jest apartament... Są nawet dwa do wyboru!
— Cicho! Cicho! Milcz! Precz stąd! — rozległo się.
Tłum ogarnęła gorączka, a mówca grzmiał dalej, szalał jak burza wiosenna.
— Trupią jest, mówię wam, dusza człowieka czasów naszych... zgniłą jest! Dziś zbudowany ołtarz z zakrzepłych w brylantowe głazy łez rozpaczy... w brudną jutro zamieni się kałużę. Łkajmy, że błotem jest dusza nasza... łkajmy, że szyderczym szaleństwem jest tęsknota nasza, że świętości imienia pomyśleć nam nie wolno... płaczmy!
— Pozachmurzały nam się szczyty wszystkie, bo mgły lepkie obiegły serca, iż nie biją jak dawniej.
— Nie do WIELKIEGO SZCZYTU, nie do świątyni złotej, gdzie ŚWIĘTE ŚWIĘTYCH... wyciągają się ręce nasze... ale do chimery zmysłów, co kształt jeno NAJWYŻSZEGO bluźnierczo przybrawszy, wabi mirażem zbrodniczym.