— Przybywa dalsza karta powieści! — ryknął mi w ucho mój rodzony szatan literacki.
Ale teraz już nie bałem się tej myśli... Nonsens! Nonsens! Nie odganiałem wcale szatana, usunąłem się nawet na bok, by mu zrobić miejsce na ławce kamiennej, gdziem siedział.
Oni w lesie i nie wrócą wnet, bo jak na złość wypogodziło się! (teraz, gdy moje trzewiki na nic)...
Nudy... kto by w takiej sytuacji odpędził interesującego szatana literackiego, niech pierwszy rzuci na mnie kamieniem.
Więc mu przyzwoliłem snuć przykry wątek powieści... czekałem... minutę... dwie... daremnie.
Tak, to jakiś naprawdę literacki szatan, pomyślałem, jest dziwaczny, kapryśny, całkiem współczesny... całkiem...
Rozległo się szczekanie, gdzieś od strony gościńca.
— Pamfil na tu! Poczciwy pies szuka mnie! To jedyna żywa i mądra istota, jaką spotykam od paru godzin... Na tu!...
Z krzaków wybiegł pies łaciaty. Stanął, podniósł przednią łapę i patrzył.
— Na tu, głupi Pamfil! — krzyknąłem.