Świtało.
Człowiek z toporem kroczył przed siebie z oczyma utkwionymi w górze.
Nagle potknął się o coś twardego.
Stanął i ujrzał wielki kamień leżący w trawie.
Spojrzał wokół i mało nie krzyknął ze zdumienia.
Ujrzał tuż przed sobą niewielki pagórek utworzony z dużych kamieni. Leżały spiętrzone jedne na drugich niby mur, ale narzucone niedbale tworzyły coś, co dawało wrażenie jakiegoś kopca czy ołtarza. Pośrodku sterczał wysoki, z gruba ociosany pal sczerniały od dżdżów i pokryty naroślą mchów.
Na poprzek słupa była przybita wąska deska przypominająca w ogólnych zarysach wyciągnięte, wskazujące dokądś ramię.
— Drogowskaz! — wykrzyknął mimo woli Człowiek z toporem.
Zjawił się sen, nasunął się na jawę jak mgła i prześwietlił ją na wskroś, tak iż stał się prawdą, oczywistą prawdą.
Patrzył oniemiały.