— I czemuż — pytał — ty oddalająca się, tająca się w czerni wabisz mnie na okropną, przeraźną33 ścieżkę? Mówiłaś mi zawsze o zwycięstwie, o nieśmiertelności...
Z dali, ale wyraźnie, jak głos dzwonu, posłyszał:
— Jak to?... nie wiesz?... Nieśmiertelność jest córką skonu.
— Wiem, wiem — odparł, trzymając się krat — Wiem, ale... wszakże kraty...
— Chodź! Jeszcze chwila, a drzwi się mogą zamknąć z trzaskiem... na zawsze...
Na poły zdecydowany zszedł jednak z przymurka i nagle rzucił się na posłanie ze słomy.
— A niech się tam zatrzaskują drzwi — pomyślał lekceważąco — byleby wróciło to, co jest prawdziwą, codzienną prawdą... to życie bez maski, czy też nawet w masce, ale w znanej, dobrze znanej masce jawy... ach... byle wróciło...!
Ale nim dokończył tej myśli, już zawołał:
— Nie! Nie! Nie chcę przemazać34 pragnień.... nie! Raczej śmierć!
— Chodź! — doleciało go z dali wielkiej. Zerwał się.