Uciekają, tłoczą się, jak z owczarni wypędzane przez psa czarne barany. Zbijają się we wał51 na zachodzie, potem toną w jakimś przepastnym, dalekim morzu.
Wtem nagle człek pod progiem czekający, okryty od zimna sztandarem z wieży... podniósł na światło coś błyszczącego, a Bóg-Orzeł spojrzał z góry. Pochylił się na potężnych, nieruchomych skrzydłach i spytał:
— Cóż to masz?
Człek drgnął. Trwożnie obejrzał się wokoło i schował w zanadrze rzecz trzymaną w ręku.
— Nie bój się! To ja — krzyknął mu spod gwiazd wszystkowiedzący.
Obłędnik spojrzał w górę i kiwnął Orłowi na dzień dobry głową. Znali się... dobrze się znali...
Wyjął, co skrywał i podnosząc rzecz błyszczącą, zawołał:
— To... z samego... dna... z sa-me-go dna...
— Skarb?
— Nienazwany żadnym imieniem... przeto nie będą wierzyć, ale skarb. Ja wiem.