Nie, takiego nie było. Ulica Dziwna...
Czyż była taka ulica w mieście?
Słuchał dalej:
— Ulica Dziwna liczba 36... ulica Dziwna liczba 36... — wypukiwały krople.
Otrząsnął się i czyniąc wielki wysiłek, odkręcił z impetem kurek. Woda rzuciła się w muszlę, opryskując go tak, że się musiał cofnąć. Z pełnym saganem wrócił do pokoju i postawił go na maszynce. Potem zwrócił się ku patyczkowej półce, gdzie się mieściły różne graty i parę książek, wziął flaszkę, nalał kieliszek rumu i wychylił go duszkiem. Uczyniło mu się ciepło, po chwili zaś raźnie i wesoło.
Siedział na łóżku i patrzył w niebieski płomień nafty, obejmujący naczynie zakopcone, podrapane, biedne jak wszystko naokół.
Zawisł oczyma na półce, gdzie były książki, ale odwrócił po chwili głowę.
— Ulica Dziwna — przemknęła mu przez myśl. — Gdzież to może być?
Uczuł, jakby wstępował na jakiś zgoła odmienny poziom odczucia, spostrzegł się na chwilę na innej płaszczyźnie świadomości, otoczyły go dziwne zjawy, nieznane. Ale po chwili otrząsnął z siebie to przywidzenie.
— Głupstwo! — rzekł do siebie głośno. — Oto skutki tego mego idiotycznego zawodu.