— Chodź no ze mną! — powiedział poważnie.

Zdziwiła się, ale posłusznie poszła do kuchni.

— Słuchaj! I powiedz mi, co słyszysz! — rzekł tajemniczo.

Przeraziła się na dobre.

— Co ci jest Franek! Boże drogi... co ci jest?

— Pst! — wyszeptał, kładąc palec na ustach. — Słuchaj pilnie!

Słuchała, szeroko otwarte oczy wlepiwszy w jego twarz.

— Nie słyszę nic! — odparła po chwili. — Ktoś rozmawia na podwórzu, płacze dziecko i kapie woda...

— Otóż to właśnie... — szepnął — woda... ale co kapie: słuchaj!

— Boże drogi... czy ja wiem? Prawda... to trochę podobne do telegrafu... tak, coś stuka... ale nie wiem co... wszak nie umiem telegrafować. Puk... puk puk... puk... puk puk... i tyle. Mój drogi, wszakże to czyste dzieciństwo! Niechże sobie kapie. Sam wiesz dobrze, że to dzieciństwo... jesteś zmęczony i na tym koniec... Chodź, kładź się!