— Czy nie dobrze by było, abym włożył do poduszki parę gałązek wawrzynu?

— Nie ma potrzeby — odparł Pantagruel. — To przesąd; i wszystko, co o tym pisali Serapian askalonita, Antyfon, Filochorus, Artemon i Fulgencjusz Plancjades, to jeno szczery zabobon. Toż samo powiedziałbym o lewej łopatce krokodyla i o kameleonie, z przeproszeniem starego Demokryta. Toż samo o kamieniu Baktrianów, nazwanym Eumetrydą. Toż samo o rogu Hamona. Tak nazywają Etiopczycy kosztowny kamień o barwie złota i kształcie kła dziczego, jakoby róg Jupitera Hamońskiego, twierdząc, iż sny tych, którzy go noszą, są prawdziwą i nieomylną wyrocznią bogów. Być może ów róg mają na myśli Homer i Wirgiliusz, wspominając dwie bramy snów, którym się polecałeś. Jedna jest z kości słoniowej, którą dostają się sny zmącone, zwodne i niepewne, jako przez kość słoniową, choćby była nie wiedzieć jak wyszlifowana, nic nie można widzieć: jej zbitość i nieprzejrzystość przeszkadza wniknięciu duchów widzenia i przyjęciu widzialnych przedmiotów. Druga brama jest z rogu: przez którą wchodzą sny pewne, prawdziwe i nieomylne: jako poprzez róg, dla jego odblasku i przezroczystości, ukazują się wszystkie przedmioty jasno i wyraźnie.

— Chcecie przez to dowieść — rzekł brat Jan — iż sny rogatych kogutów, jakim, przy pomocy boskiej i jego żony, będzie Panurg, są zawsze pewne i nieomylne.

Rozdział czternasty. Sen Panurga i jego wykładanie

O godzinie siódmej następnego rana Panurg stawił się przed Pantagruela. W komnacie znajdował się Epistemon, brat Jan Łomignat, Ponokrates, Eudemon, Karpalim i inni. Ujrzawszy Panurga, zwrócił się do nich Pantagruel i rzekł:

— Oto idzie nasz sennik.

— To słowo — rzekł Epistemon — niegdyś sporo kosztowało i drogo je zapłaciły dzieci Jakuba.

Zaczem rzekł Panurg:

— Co do mnie, nie dałbym za nie szeląga. Śniłem i śniłem niemało i obficie, ale nic z tego nie wyrozumiałem, prócz tego, iż w moim śnie miałem żonkę młodą, wdzięczną, doskonałej piękności, która obchodziła się ze mną i postępowała bardzo poczciwie, jakoby z małym pieszczoszkiem. Nie było na świecie szczęśliwszego, ani też bardziej radego człeczyny nade mnie. Głaskała mnie, łaskotała, przyklepywała, obmacywała, ściskała, całowała, i z figlów robiła mi dwa małe śliczniutkie rożki na czole. Przedstawiałem jej, niby przekomarzając się, że powinna mi je zrobić pod oczyma, abym lepiej widział którędy bodę, iżby Momus nie znalazł w nich jakiej rzeczy niedoskonałej i wartej poprawy, jako właśnie znalazł w ustawieniu rogów u wołu. Ale ta zbytnica, nie zważając na moje przedstawienia, wysuwała mi je jeszcze lepiej. I, rzecz godna podziwu i bardzo osobliwa, nie doznawałem przy tym żadnego bólu. W chwilę potem zdało mi się, iż zmieniłem się, sam nie wiem jak, w bębenek, a ona w sowę. Na tym przerwał się mój sen i nagle obudziłem się bardzo zmartwiony, niespokojny i wzburzony. Oto macie piękny półmiseczek snów. Uraczcież się nim do syta i wyłóżcie mi jak to rozumiecie. A teraz, mości marszałku Karpalim, chodźmy śniadać!

— Mniemam — rzekł Pantagruel — (jeśli cośkolwiek się rozumiem na sztuce zgadywania snów), iż żona twoja nie uczyni ci rzeczywiście i w zewnętrznym pojęciu rogów na czole, jako je mają Satyrzy; ale nie dotrzyma ci wierności ani ślubów małżeńskich, jeno drugim odda ciało, a ciebie uczyni rogalem. Ten punkt jest jasno wyłożony przez Artemidora, tak jak ci to powiadam. Tak samo ty nie przemienisz się w istocie w bębenek, jeno będziesz bity przez nią jako bęben w dzień godowy, ani ona w sowę, jeno będziesz cię przypodkradać, jako jest przyrodzonym obyczajem sowy. I oto widzisz, iż sen twój zgadza się z wróżbami wirgiliańskimi. Będziesz rogalem, będziesz bity, będziesz podkradany i wystrychnięty na dudka.