— Z ciężkością — odparł Panurg.
— I tutaj do nas zostały cudownie z nieba przeniesione, w podobny sposób jak u Homera, ojca wszelkiej filozofii (wyjąwszy oczywiście boskie dekretalia), rzeka Nil nazwana jest Diipetes. I ponieważ widzieliście papieża, ich ewangelistę i wiekuistego protektora, będzie wam pozwolone oglądać je i ucałować wewnątrz, jeżeli macie wolą. Ale będziecie musieli trzy dni przedtem pościć i regularnie się spowiadać, starannie łuskając i przesiewając wasze grzechy, tak bacznie, aby nie upadła na ziemię ani jedna najdrobniejsza okoliczność, jako nam to bosko opiewają boskie dekretalia, które tu oto widzicie.
— Dobry człowieku — rzekł Panurg — dekretynaliów, nie, chcę powiedzieć dekretaliów, widzieliśmy dosyć na papierze, na przeświecającym pergaminie, na welinie, pisanych ręką i drukowanych czcionkami. Nie ma potrzeby, abyście się trudzili pokazywaniem tych oto. Poprzestajemy na waszych dobrych chęciach i dziękujemy i za to.
— Co gadacie! — rzekł Homenas — Toć nie widzieliście nigdy tych, anielską ręką cudownie spisanych. Tamte, z waszego kraju, to są jeno odpisy naszych, jako to stoi w pismach jednego z naszych scholastów dekretalińskich. Przeto proszę was, nie oszczędzajcie naszego trudu. Jedno rozważcie, czy chcecie wyspowiadać się i przepościć trzy maleńkie dzionki boże.
— Na spowiedź — odparł Panurg — chętnie się godzimy. Jedynie post nie w porę nam wypada, bowiem tyle już napościliśmy się z musu na morzu, że pająki usnuły siatki około naszych zębów. Widzicie tu oto dobrego brata Jana Łomignata — (na te słowa Homenas uściskał się z nim uprzejmie) — jemu już mech wyrósł w gardzieli, jeno dla braku ćwiczenia i ruchu szczękami i żuchwami.
— To prawda — odparł brat Jan. – Już tyle się napościłem, że mi aż garb z tego wyrósł.
— Wejdźmyż tedy — rzekł Homenas — do kościoła i darujcie, jeśli teraz nie odśpiewamy wam pięknej mszy bożej. Minęła już godzina południa, po której bronią nam nasze święte dekretalia odmawiać mszę, to jest, powiadam, mszę głośną i prawdziwą. Ale kropnę wam cichą małą meszkę, tak, na sucho.
— Wolałbym — rzekł Panurg — na mokro, to jest zwilżoną jakim dobrym winkiem andegaweńskim. Jedźcie tedy, jedźcie w imię Boże, a żwawo.
— Psiakość — rzekł brat Jan — nie podoba mi się to, że mój żołądek jest jeszcze na czczo. Bowiem, gdybym był dobrze pośniadał i napoił się obyczajem klasztornym, niechajby sobie beczał potem swoje requiem aeternam997. Cierpliwości. Jedźcie, kropcie, rżnijcie, ale podkaszcie ją krótko, z obawy, aby się nie zachlastała, a także dla innych przyczyn. Bardzo was o to proszę.