Braciszek: Win.
Panurg: A jakiego, dobrego?
Braciszek: Smak.
— Na kudły mego habitu — zakrzyknął brat Jan — toż te szelmutki buczące muszą być pulchne i muszą dobrze kłusa chodzić, zważywszy, iż paszę mają tak smaczną i obfitą!
— Czekajcie — rzekł Panurg — niech skończę.
Panurg: Jakaż jest pora, kiedy udają się na spoczynek?
Braciszek: Noc.
Panurg: A kiedy wstają?
Braciszek: Dzień.
— Oto — zawołał Panurg — najmilszy Buczek, jakiego zdarzyło mi się ujeżdżać w tym roku: dałby Bóg i błogosławiony święty Buczek i przewielebna dziewica święta Buczyha, aby został pierwszym prezydentem paryskiego trybunału. Kroćset fur beczek śledzi, hej, przyjaciele, co by to był za pies na wszystkie dysydencje! Co by to były za krótkie procesy, co za szybka ekspedycja aktów, rewizja apelacyj! Przejdźmyż teraz do innych wiktuałów i pomówmy spokojnie i rozsądnie o naszych godnych siostrach miłosierdzia.