Pierwsza kolumna, to jest ta, która podpadała naszemu wzrokowi u wejścia świątyni, była z szafiru lazurowego i koloru nieba.
Druga z hiacyntu, ubarwionego z natury kolorem onego kwiatu, w który została przemieniona burząca się krew Ajaksa.
Trzecia z diamentu złowróżbnego, błyszczącego i lśniącego jak piorun.
Czwarta z męskiego rubinu, wpadającego w kolor ametystu, tak iż ogień i blask jego mienił się między purpurą a fioletem.
Piąta ze szmaragdu, a był on więcej niż pięćset razy wspanialszy niż ów Serapisa w labiryncie egipskim, bardziej świetny i błyszczący niż owe, które w miejsce oczu wprawiono lwu marmurowemu leżącemu koło grobowca króla Hermiasza.
Szósta z agatu, bardziej radosnego i rozmaitego w rozmieszczeniu plamek i kolorów niźli ów, który był tak drogi Pyrrhusowi, królowi Epirotów.
Siódma z selenitu przeźroczego, białego jak beryl, lśniącego jak miód Hymetu: i wewnątrz błyszczał księżyc, w takiej postaci i ruchu, jak jest na niebie, to w pełni, to na nowiu, przyrastający i ubywający.
Które kamienie poświęcili starożytni Chaldejczycy i magowie siedmiu planetom nieba. Aby tę rzecz uzmysłowić i tępszej mózgownicy, wyobrażony był na pierwszej kolumnie z szafiru (i wznosił się ponad kapitelem w linii centrycznej i prostopadłej, wyrobiony w kosztownym ołowiu elutyńskim) obraz Saturna dzierżącego swą kosę, mającego u nóg złotego żurawia, sztucznie ozdobionego emalią, wedle rozmaitości barw właściwych temu ptakowi saturneńskiemu.
Na drugiej kolumnie z hiacyntu, po lewej, znajdował się Jowisz, wyrobiony w jowiszowej cynie, mając na piersi orła emaliowanego wedle swoich przyrodzonych kolorów.
Na trzeciej Febus, w obryzowanym złocie, z białym kogutem w ręce prawej.