Już własne nasze serca dosyć nas tłoczyły; obrazy miłości i macierzyństwa, jakie zdawały się nas ścigać w tej zaczarowanej samotni, wzmogły jeszcze ów ucisk. Uniosłem Atalę w ramionach w głąb lasu, mówiąc słowa, których dzisiaj na próżno bym szukał na mych wargach. Południowy wiatr, drogi synu, traci swój żar, kiedy przechodzi przez góry lodowe. Wspomnienia miłości w sercu starca są niby promienie dnia odbite przez spokojny krąg księżyca, kiedy słońce się schowa, a milczenie unosi się nad szałasami dzikich.
Kto mógł ocalić Atalę? Kto mógł zapobiec, aby nie uległa naturze? Jedynie cud, to pewna; i ten cud się ziścił! Córka Simaghana uciekła się do Boga chrześcijan; rzuciła się na ziemię i odmówiła żarliwą modlitwę, zwróconą do swej matki i do Królowej Dziewic. W tej to chwili, o René, powziąłem cudowne pojęcie o tej religii, która w głębi lasów, pośród wszystkich niedostatków życia, może obsypać nieszczęśliwego tysiącem darów; o tej religii, która przeciwstawiając swą potęgę strumieniowi namiętności, starczy sama, aby je zwyciężyć, gdy wszystko zda się im sprzyjać: i tajemnica lasów, i nieobecność ludzi, i życzliwość cienia. Ach! jakąż mi się zdała boską ta prosta dzika, ta nieuczona Atala, która na kolanach przed starą powaloną sosną, niby u stóp ołtarza, ofiarowała Bogu swe modły za kochanka-bałwochwalcę! Oczy jej, wzniesione ku gwieździe nocy, policzki zroszone łzami wiary i miłości, jaśniały nieśmiertelnym blaskiem. Po wiele razy zdawało mi się, że gotowa jest ulecieć ku niebu; wiele razy mniemałem, iż widzę spływających na promieniach księżyca, że słyszę w gałęziach drzew owych Geniuszów, których Bóg chrześcijan zsyła żyjącym wśród skał pustelnikom, kiedy zamierza powołać ich do siebie. Zasmuciło mnie to, uląkłem się bowiem, iż Atali nie długo jest już przeznaczonym bawić na tej ziemi.
Mimo to wylała tyle łez, zdawała się tak nieszczęśliwa, iż byłbym może wreszcie zgodził się oddalić, kiedy straszliwy okrzyk rozległ się w lesie. Czterech ludzi rzuciło się na mnie; odkryto nas, wódz wojowników wydał rozkaz, aby nas ścigano.
Atala, którą dumna postawa czyniła podobną do królowej, nie raczyła przemówić do tych siepaczy. Rzuciła im pyszne spojrzenie i udała się do Simaghana.
Nie zdołała nic uzyskać. Podwojono moje straże, wzmocniono więzy, oddalono mą ukochaną. Pięć nocy upłynęło; ujrzeliśmy wreszcie Apalachuclę166 położoną nad brzegiem rzeki Szata-Usz167. Natychmiast uwieńczono mnie kwiatami, umalowano twarz lazurem168 i cynobrem169, przywiązano mi perły do nosa i uszu, i włożono w ręce cziczikue170.
Tak przystrojony do ofiary, wchodzę, wśród przeciągłych okrzyków tłumu, do Apalachucli. Sądziłem, że już wybiła moja ostatnia godzina, kiedy nagle rozlega się dźwięk konchy, i Miko, czyli wódz plemienia, nakazuje wszystkim się zgromadzić.
Wiadome ci są, mój synu, męczarnie, jakim dzicy poddają jeńców wojennych. Misjonarze chrześcijańscy z narażeniem własnego życia i z niestrudzonym poświęceniem osiągnęli u wielu narodów to, iż okropności stosu zastąpili dość łagodną niewolą. Muskogulgowie nie przyjęli jeszcze tego obyczaju, ale znaczna ich część oświadczyła się na jego korzyść. Dla rozstrzygnięcia tej ważnej sprawy zwoływał Miko sachemów narodu. Zaprowadzono mnie na miejsce obrad.
Niedaleko Apalachucli wznosił się na odosobnionym wzgórzu namiot Rady. Trzy kręgi kolumn tworzyły wytworną architekturę tej rotundy171. Kolumny były z polerowanego i rzeźbionego cyprysu; rosły co do wysokości i grubości, a zmniejszały się co do liczby, w miarę jak się zbliżały do środkowego punktu oznaczonego jedynym słupem. Z wierzchołka słupa wychodziły pasma kory, które, przechodząc przez wierzchołki innych kolumn, pokrywały namiot niby przezroczystym wachlarzem.
Rada gromadzi się. Pięćdziesięciu starców w płaszczach z bobrowego futra zajmuje miejsce na stopniach, zbudowanych naprzeciw drzwi namiotu. Naczelny wódz siedzi pośród nich, trzymając w ręku fajkę pokoju, do połowy ubarwioną w porze wojny. Po prawicy starców zasiada pięćdziesiąt kobiet, ubranych w suknie z piór łabędzich. Wodzowie, z tomahawkiem172 w dłoni, pióropuszem na głowie, z ramionami i piersią pomazanymi krwią, zajmują miejsce po lewicy.
U stóp środkowej kolumny płonie ogień Rady. Pierwszy wróżbita, otoczony ośmioma strażnikami świątyni, ubrany w długie szaty i noszący na głowie wypchaną sowę, leje balsam żywiczny na płomień i święci ofiarę słońcu. Ten potrójny szereg starców, matron173, wojowników, ci kapłani, te obłoki kadzideł, te ofiary, wszystko to ma na celu nadać owej Radzie imponujące wrażenie.