Nieszczęście szlachetnie urodzonych wynika na ogół z trudności, jakie napotykają w pogodzeniu przepychu z rzeczywistą nędzą.
Większość ludzi utrzymuje się w swej kondycji jedynie dzięki temu, co zwie się handlem lub rzemiosłem. Nielojalność jest najmniejszym wykroczeniem, które z tego wypływa.
Część ludzi jest zmuszona zdać się na dobroczynność innych, by przeżyć, skutkiem czego Ci biedacy mają akurat tyle, by nie umrzeć.
Bez złota nie można nabyć kawałka ziemi, którą wszak natura dała wszystkim ludziom. Nie posiadając tego, co zwie się dobrami, nie można mieć złota, a z powodu niekonsekwencji, która ubliża naturalnej inteligencji i rozsądkowi, ten dumny naród, przestrzegając fałszywego honoru wymyślonego przez nich samych, wstydzi się otrzymywać od kogoś innego niż władca tego, co niezbędne do utrzymania swej pozycji i egzystencji. Władca ten rozdaje szczodrze dary tak małej liczbie swych poddanych, w porównaniu z mnogością nieszczęśników, że jednako szalone byłoby dopominanie się o udział w tym zwyczaju, jak też szukanie śmierci, by uwolnić się od niemożności przeżycia bez hańby.
Poznanie tej smutnej prawdy wzbudziło w mym sercu litość dla nieszczęśliwców i oburzenie na prawa. Ale niestety! Jakże pogardliwy sposób mówienia o tych, którzy nie są bogaci, wywołał we mnie przykre refleksje o mnie samej! Nie mam złota ani ziem, ani dóbr, a należę z konieczności do mieszkańców tego miasta. Nieba! W jakiej klasie mam się zmieścić?
Chociaż wszelkie poczucie niezawinionego wstydu jest mi obce, chociaż rozumiem, jak niedorzeczne jest odczuwanie go z powodów niezależnych od mej woli i możliwości, nie mogę uchronić się przed przykrą myślą o tym, co inni sądzą o mnie. Strapienie to byłoby nieznośne, gdybym nie spodziewała się, że pewnego dnia Twoja szczodrobliwość pozwoli mi wynagrodzić tych, co upokarzają mnie wbrew mej woli dobrodziejstwami, które zdawały się mnie zaszczycać.
To nie jest tak, że Celina nie czyni wszystkiego, by mnie uspokoić w tym względzie, ale to, co widzę, czego dowiaduję się od mieszkańców tego kraju, na ogół wzbudza we mnie nieufność do ich słów. Ich cnoty, kochany Azo, są równie mało rzeczywiste, jak ich bogactwa. Meble, które uważałam za złote, są tylko pozłacane, ich prawdziwym tworzywem jest drewno. Tak samo to, co tutejsi ludzie zwą kurtuazją, powierzchownie skrywa ich przywary pod pozorami cnoty. Przy odrobinie uwagi łatwo dostrzec zarówno udawanie, jak i pozorne bogactwa.
Zawdzięczam część tej wiedzy czemuś w rodzaju pisma, które zowią książkami. Chociaż mam jeszcze trudności z rozumieniem tego, co zawierają, są bardzo użyteczne, czerpię z nich pojęcia. Celina tłumaczy mi to, co sama wie i wyrabiam sobie poglądy, które wydają mi się słuszne.
Niektóre z owych książek uczą o tym, co ludzie zrobili, inne, o czym myśleli. Nie potrafię Ci wyrazić, kochany Azo, jak wielką przyjemność znajdowałabym w lekturze, gdybym je lepiej rozumiała, ani jak bardzo chciałabym poznać niektórych boskich ludzi, którzy je napisali. Rozumiem, że są oni dla duszy tym, czym Słońce dla ziemi, i że znalazłabym u nich wszelką potrzebną mi pomoc, ale nie widzę żadnej nadziei zdobycia kiedykolwiek tej satysfakcji. Chociaż Celina czyta dość często, nie jest wystarczająco wykształcona, by zaspokoić moją ciekawość. Nie wiem nawet, czy pomyślała, że książki zostały napisane przez ludzi, nie zna ich nazwisk ani nie wie nawet, czy jeszcze żyją.
Kochany Azo, wezmę dla Ciebie wszystko, co będę mogła zgromadzić z tych cudownych dzieł, objaśnię Ci je w naszym języku, będę napawać się najwyższym szczęściem dawania nowej przyjemności ukochanemu. Niestety! Czy kiedykolwiek będę mogła?