Ów dom, który wydawał mi się wielki z powodu dużej liczby ludzi w nim pomieszczonych, ów dom, jakby zawieszony, nie trzyma się ziemi i wciąż się kołysze. O, światłości mego życia, potrzebna byłaby rada Tiki Wirakoczy, który mógłby swą boską wiedzą napełnić nasze dusze, by zrozumieć tę osobliwość. Mogę powiedzieć tylko to, że owa siedziba nie została zbudowana przez kogoś, kto kocha ludzi, albowiem w kilka chwil po wejściu do niej bezustanne jej kołysanie, połączone ze wstrętnym smrodem, wywołały tak dotkliwą chorobę, że aż dziw, iż mnie nie zmogła — a był to dopiero początek mych strapień.

Upłynęło sporo czasu. Prawie już nie cierpiałam, kiedy pewnego ranka wyrwał mnie ze snu huk straszniejszy niż odgłos Yalpora: nasza siedziba wstrząsana była tak, jak kiedyś ziemia tego doświadczy, gdy spadający księżyc obróci świat w perzynę36. Krzyki towarzyszące temu łoskotowi czyniły go jeszcze straszliwszym; zmartwiała ze zgrozy, pomyślałam, że cała natura ulega zniszczeniu. Sądziłam, że niebezpieczeństwo jest powszechne; drżałam o Twe życie. Mój przestrach spotęgował się na widok gromady wściekłych mężczyzn, o zakrwawionym obliczu i odzieniu, którzy wpadli z wrzaskiem do mej izby. Nie wytrzymałam tego strasznego widowiska, opuściły mnie siły i świadomość: wciąż nie znam dalszego ciągu tego okropnego zdarzenia. Gdy się ocknęłam, leżałam w dość czystej pościeli, otoczona kilkoma dzikusami, ale nie byli to już okrutni Hiszpanie.

Czy możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy znalazłam się w nowej siedzibie, w otoczeniu nowych ludzi, nie mogąc zrozumieć, jak ta zmiana mogła się dokonać? Szybko zamknęłam ponownie oczy, by skupić się lepiej i przekonać, czy żyję, czy też dusza opuściła me ciało, by przejść do nieznanych krain37. Wyznam Ci, bożyszcze mego serca, że zmęczona obrzydłym życiem, zrażona różnymi cierpieniami, przygnieciona ciężarem mego losu, obojętnie przyjmowałam myśl o bliskiej śmierci. Odmawiałam wciąż pomocy, którą mi oferowano; po kilku dniach zbliżałam się bez żalu się do fatalnego kresu. Wyczerpane siły niweczą uczucie: osłabiona wyobraźnia podsuwała jedynie rozmyte obrazy kreślone drżącą ręką. Przedmioty, które najbardziej mnie poruszyły, wywoływały tylko owo niejasne wrażenie odczuwane podczas nieokreślonego rojenia. Prawie już nie żyłam. Ten stan, mój kochany Azo, nie jest tak przykry, jak się uważa, z daleka przeraża, ponieważ myślimy o nim z całych sił. Kiedy ów decydujący moment nadchodzi, osłabiony stopniowym wzmaganiem się bólu, które nas doń prowadzi, zdaje się być odpoczynkiem. Jednak poczułam, że naturalna skłonność do zaglądania w przyszłość, nawet w tę, która nie będzie już naszą, wydaje się dawać mi nowe siły. Zaniesiona byłam do Twego pałacu w chwili, gdy oznajmiono mi Twą śmierć. Widziałam Cię w myślach, mój ukochany, bladym, oszpeconym, bez czucia, jako ten kwiat lilii uschnięty w palącym żarze południa. Byłażby38 miłość nieraz barbarzyńsko okrutna? Rozkoszowałam się Twym cierpieniem, podsycałam go smutnym pożegnaniem, znajdowałam słodycz, może nawet przyjemność w powlekaniu Twych dni jadem żalu i ta sama miłość, która czyniła mnie okrutną, rozdzierała mi serce myślą o grozie Twych nieszczęść. Wreszcie ocknęłam się jak z głębokiego snu, przejęta Twoją własną boleścią, drżąc o Twe życie, poprosiłam o pomoc. Ujrzałam światło.

Czy zobaczę Cię jeszcze, drogi panie mego życia? Niestety! Któż może mnie o tym upewnić? Nie wiem nawet, gdzie się znajduję, być może daleko od Ciebie. Ale choćbyśmy byli rozdzieleni niezmierzoną przestrzenią zamieszkałą przez dzieci Słońca, lekki obłok mych myśli zawsze unosić się będzie wokół Ciebie.

List IV

Niezależnie od miłości do życia, udręki ją pomniejszają, rozpacz — gasi. Pogarda, z jaką natura zdaje się traktować nasze jestestwo, skazując nas na ból, najpierw oburza. Potem niemożność uwolnienia się od tej pogardy dowodzi tak upokarzającej bezradności, że rodzi wstręt dla samych siebie. Nie żyję już w sobie ani dla siebie: każdy oddech jest ofiarą składaną Twej miłości i z każdym dniem staje się on coraz bardziej bolesny. O ile czas przynosi jakąś ulgę w ostrym bólu, który mnie trawi, o tyle podwaja on cierpienia mego umysłu; nie objaśniając mego losu, jeszcze bardziej go zaciemnia. Wszystko, co mnie otacza, jest nieznajome, wszystko jest dla mnie nowe, wszystko wzbudza moją ciekawość, nie mogąc jej niczym zadowolić. Na próżno wysilam swe umiejętności i uwagę, by rozumieć i być rozumianą, jedno i drugie jest jednakowo nieosiągalne. Zmęczona tyloma niepotrzebnymi wysiłkami, pomyślałam, że je uspokoję, jeśli pozbawię oczy wszelkich obrazów: uparcie przez jakiś czas miałam je zamknięte. Bezowocne wysiłki! Ciemności, na które świadomie się skazałam, ulżyły jedynie mej skromności bezustannie ranionej widokiem tych mężczyzn, których opieka i pomoc były katuszą, a duszę pozostawiały nieporuszoną. Zamknęłam się w sobie, niepokoje były tylko przez to żywsze, a pragnienie wyrażenia ich — przemożne. Wreszcie bezsilne próby porozumiewania się przyprawiły mnie o mękę bardziej jeszcze nieznośną niż rzeczywiste boleści. Cóż za okrutna sytuacja! Biada! Zdawało mi się już, że rozumiem kilka słów dzikich Hiszpanów; znajdowałam jakieś odniesienia do naszego dostojnego języka; schlebiałam sobie, że w niedługim czasie będę mogła się z nimi porozumieć. Nie mam tej możliwości wśród nowych tyranów, mówią tak prędko, że nawet nie rozróżniam modulacji ich głosu. Wszystko wskazuje na to, że nie należą do tamtego narodu, a różnica w ich manierach i okazywanym charakterze każą przypuszczać, że Pachacamac nierówno obdarzył ich ludzkimi cechami. Poważny i groźny wygląd tych pierwszych pokazuje, że wykuci zostali z najtwardszej stali. Ci drudzy, rzekłbyś, wymknęli się z rąk stwórcy w chwili, gdy sięgał on jedynie po ogień i powietrze. Wzrok dumny, mina sroga i spokojna tych pierwszych pokazywały ich okrucieństwo i zimną krew, czego dowiedli aż nadto nikczemnością czynów. Uśmiechnięte twarze tych drugich, łagodne spojrzenia, życzliwe postępowanie usposabiają do nich korzystnie, ale zauważyłam sprzeczności w ich zachowaniu, wstrzymuję się więc z oceną.

Dwaj dzikusi prawie nie opuszczają mojego łoża: jeden z nich, którego wzięłam za kacyka39 z powodu władczej postawy, okazuje mi, tak sądzę, na swój sposób wiele szacunku. Drugi otacza mnie opieką, której wymaga moja choroba; ale jego dobroć jest szorstka, pomoc okrutna, a poufałość apodyktyczna.

Od pierwszej chwili, gdy ocknęłam się z mej słabości, znalazłam się w ich mocy. Ten ostatni (bo dobrze to zauważyłam), śmielszy od innych, chciał wziąć mnie za rękę, ale ją cofnęłam z niewymownym zmieszaniem. Wydawał się zaskoczony moim oporem i złapał mnie ponownie za rękę bez żadnych względów dla mej skromności. Słaba, umierająca, wypowiadająca niezrozumiałe słowa, czy mogłam go powstrzymać? Trzymał rękę, mój drogi Azo, tyle ile chciał i od tego czasu muszę mu ją podawać sama kilka razy dziennie, jeśli chcę uniknąć komentarzy, które zawsze obracają się przeciwko mnie. Ten rodzaj ceremonii40 wygląda mi na zabobon tych narodów; zdawało mi się, że znajdują w tym jakiś związek z moją chorobą, ale widocznie trzeba należeć do nich, by odczuć efekty, bo ja widzę ich niewiele. Cierpię wciąż z powodu wewnętrznego ognia, który mnie trawi; ledwo znajduję siły, by wiązać moje kipu. Poświęcam się temu zajęciu tyle, na ile pozwala mi osłabienie: te węzełki, które oddziałują na zmysły, zdają się dawać więcej realności moim myślom; rodzaj podobieństwa, które wydają mi się mieć ze słowami, stwarza złudzenie oszukujące cierpienie: mam wrażenie, że mówię do Ciebie, że zapewniam Cię o mej miłości, czułości — ta słodka ułuda jest moim dobrem i życiem. Gdy jestem zmuszona przerwać pracę z powodu zbytniego wyczerpania, rozpaczam nad Twą nieobecnością; tak więc cała jestem czułością i nie ma chwili, która nie należałaby do Ciebie.

Niestety! Jak inaczej mogłabym te chwile spożytkować, mój ukochany? Czyż nie jesteś panem mej duszy, czyż nie jestem z Tobą nierozerwalnie związana miłością? Pogrążona w otchłani ciemności, czyż mogłabym odwrócić myśli od światła mego życia? Jesteś Słońcem mych dni, rozświetlasz je i przedłużasz; należą do Ciebie. Kochasz mnie: chcę żyć. Co uczynisz dla mnie? Będziesz mnie miłował; to mnie wynagrodzi.

List V