14.

Człowiek komediantem świata. — Muszą istnieć twory dowcipniejsze od człowieka, choćby tylko po to, żeby odczuć humor zawierający się w tym, że człowiek uważa się za cel całego bytu świata i że ludzkość zupełnie poważnie nie zadowala się niczym mniejszym niż perspektywą misji światowej. Jeśli Bóg świat stworzył, to człowieka stworzył jako małpę boską, żeby mieć powód do uciechy w swej przydługiej wieczności. Muzyka sferyczna wokół ziemi byłaby tedy drwiącym śmiechem wszystkich innych stworzeń z człowieka. Bólu używa ten znudzony Nieśmiertelny do łaskotania swego ulubionego zwierzęcia, ażeby mieć uciechę, patrząc na tragiczno-dumne grymasy i wykładanie swych cierpień, w ogóle na duchową wynalazczość najprężniejszego stworzenia — jako wynalazca tego wynalazcy. Ponieważ ten, kto wymyślił na żart człowieka, musiał być od niego dowcipniejszy, a także więcej przyjemności znajdować w dowcipie. — Nawet tutaj jeszcze, gdzie nasza ludzkość dobrowolnie chce się upokorzyć, próżność wyrządza nam psotę, że my ludzie przynajmniej w tej próżności jesteśmy nieporównani z niczym i cudowni. Jedyni w świecie! Ach, rzecz zbyt nieprawdopodobna! Astronomowie, którym nieraz rzeczywiście przypada w udziale widnokrąg niezaciemniany przez Ziemię, dają do zrozumienia, że kropla życia w świecie nie znaczy nic w charakterze niezmierzonego oceanu stawania się i znikania: nieprzeliczone gwiazdy posiadają warunki podobne jak Ziemia do wytwarzania życia, bardzo liczne więc — lecz zaledwie garść w porównaniu z nieskończenie licznymi, które nigdy nie miały wysypki życiowej lub od dawna z niej zostały uleczone: że życie na każdej z tych gwiazd, mierzone czasem jej egzystencji, było chwilą, iskrą, po której nastąpiły długie, długie okresy czasu — a więc zgoła nie było celem ostatecznym ich egzystencji. Być może, mrówka w lesie równie silnie jest przekonana, że jest celem i zamiarem istnienia lasu, jak my to czynimy, kiedy w swojej fantazji niemal mimo woli zanik ludzkości łączymy z końcem Ziemi: ba, jesteśmy jeszcze skromni, jeśli poprzestajemy na tym i nie zarządzamy powszechnego zmierzchu światów i bogów na uroczystość pogrzebową ostatniego śmiertelnika. Nawet astronom najbardziej wyzwolony nie może przedstawić sobie Ziemi bez życia inaczej, tylko jako świecący i szybujący kurhan ludzkości.


15.

Skromność człowieka. — Jak mało przyjemności wystarcza przeważnie, żeby życie znajdować dobrym; jak skromnym jest człowiek!


16.

Względem czego obojętność jest konieczna. — Nic by nie było niedorzeczniejszego, niż chcieć czekać, co stwierdzi ostatecznie nauka o rzeczach pierwszych i ostatnich i do tego czasu myśleć o nich (a szczególniej wierzyć!) w sposób tradycyjny — jak to radzą tak często. Popęd do posiadania w tej dziedzinie tylko pewności, jest następczym popędem religijnym, niczym więcej — zamaskowanym i tylko pozornie sceptycznym rodzajem „potrzeby metafizycznej”, podszytym tą myślą ukrytą, że przez długie, długie czasy nie będzie widoku na te ostateczne pewności i że dotychczas „wierzący” ma prawo nie troszczyć się o tę całą dziedzinę. Te pewności, tyczące się najodleglejszych horyzontów, nie są dla nas konieczne do życia pełnym i dzielnym życiem ludzkim: w równie małej mierze, jak nie są konieczne dla mrówki, żeby być dobrą mrówką. Raczej powinniśmy wyświetlić sobie, skąd właściwie pochodzi ta fatalna waga, jaką tak długo przypisywaliśmy owym rzeczom: i do tego potrzebujemy historii uczuć moralnych i religijnych. Albowiem tylko pod wpływem tych uczuć owe najciernistsze kwestie poznania nabrały takiego znaczenia i straszliwości: w dziedziny najbardziej oddalone, dokąd tylko sięga, lecz nie wnika, oko duchowe, zaciągnięto takie pojęcia, jak wina i kara (i to kara wieczna!): i to tym nieostrożniej, im owe dziedziny były ciemniejsze. Od czasów najdawniejszych fantazjowano tam, gdzie nic stwierdzić nie było można, i przekonano potomność, żeby te fantazje brała za rzeczy poważne i prawdziwe, w ostateczności rzucając na szalę ten wstrętny atut: iż wiara więcej warta od wiedzy. Teraz we względzie tych rzeczy ostatecznych potrzebna nie wiedza przeciw wierze, lecz obojętność względem wiary i rzekomej wiedzy w owych dziedzinach! — Wszystko inne musi nas bliżej obchodzić, niż to, co nam ogłaszano dotychczas za najważniejsze — mam na myśli owe pytania: „Po co człowiek?”, „Jaki los spotyka go po śmierci?”, „W jaki sposób może pogodzić się z Bogiem?” i jak tam brzmią jeszcze te curiosa. Nie więcej niż te pytania ludzi religijnych tyczą się nas pytania dogmatyków filozoficznych, idealistów, materialistów czy też realistów. Wszyscy oni zajmują się tym, żeby popchnąć nas do postanowienia w dziedzinach, gdzie ani wiara, ani wiedza nie są konieczne; nawet dla największego miłośnika poznania jest korzystniej, jeśli wokół wszystkiego, co jest do zbadania i dostępne dla rozumu, tworzy się okryty mgłą zwodniczy pas bagien, strefa nieprzenikalna, wiecznie zmienna i niedająca się określić. Właśnie przez porównanie z państwem ciemności, na granicach ziemi poznania, rośnie ustawicznie w wartości jasny, bliski, najbliższy świat wiedzy. — Musimy znowu stać się dobrymi sąsiadami rzeczy najbliższych i nie spoglądać jak dotychczas wzgardliwie ponad nimi ku chmurom i duchom nocnym. W lasach i jaskiniach, w strefach bagnistych i pod zaciągniętym niebem — tam zbyt długo żył, i nędznie żył, człowiek w ciągu okresów kultury, trwających całe tysiąclecia. Tam nauczył się pogardzać teraźniejszością i sąsiedztwem, i życiem, i samym sobą — i my, my mieszkańcy jaśniejszych polan natury i ducha, dziedziczymy ze krwią jeszcze coś z tej trucizny gardzenia rzeczami najbliższymi.


17.