Wszakże są dosyć lekcy na takie właśnie trony! — ci wszyscy bogowie i nadludzie!
Och, jakżem ja znużony tym wszystkim nieosiągalnym, co koniecznie ma się stać zjawiskiem! Och, jakżem znużony poetami! —
Gdy Zaratustra te słowa wyrzekł, żachnął się nań uczeń, wszakże się nie odzywał. Milczał też i Zaratustra; zaś oczy jego obróciły się ku wnętrzu, jak gdyby w odległe patrzały dale. Wreszcie westchnął i zaczerpnął oddechu.
Jam jest z dzisiaj i niegdyś, — rzekł wreszcie, — lecz jest we mnie coś, co jest z jutra, pojutrza i kiedyś.
Umęczyli mnie poeci, starzy i nowi: powierzchnie to są tylko i płytkie morza.
Nie myśleli dostatecznie w głąb: przeto ich uczucie nie spadło aż do dna rzeczy.
Nieco rozpusty i nieco znudzenia: to było dotychczas ich najlepszym zastanowieniem.
Upiorne tchnienia i widm upiorne pomykania: — tym są dla mnie ich harfowe pobrzęki; cóż oni wiedzieli dotychczas o wnętrznym żarze tonów! —
I nie dość mi są schludni: mącą swe wody, aby się głębszymi wydały.
A chętnie podają się przy tym jako pojednawcy: lecz dla mnie są to zawsze wypośrodkowywacze, zgatawiacze przedziwnych mieszanin, jako tako zbywający i nierzetelni! —