O, błogosławiona godzino błyskawicy! O, tajemnico przedpołudniowej pory! — Biegnące ognie uczynię z nich kiedyś i zwiastunów o płomiennych językach: —
— aby zwiastowały kiedyś płomiennymi języki: Oto idzie, zbliża się, wielkie idzie południe.
Tako rzecze Zaratustra.
Na górze oliwnej
Zima, gość dokuczliwy, przebywa w domu moim; posiniały dłonie me od jej przyjacielskiego uścisku.
Godność ja mu świadczę, gościowi memu złemu, lecz rad pozostawiam go samego. Rad precz go odbiegam; a kto szybko biega, ten umknąć mu się zdoła!
Na ciepłych nogach i z gorącymi myślami biegnę tam, gdzie wiatr się ucisza, do słonecznego zakątka mej góry Oliwnej.
Tam śmieję się z surowego gościa i wdzięczny mu nawet jestem, że mi muchy z domu powymiata i wiele małych zgiełków uciszy.
Cierpieć on mianowicie nie może, gdy komar śpiewać zechce lub zgoła dwa komary; i ulicę tak mi przy tym osamotni, że księżycowa poświata trwoży się w niej po nocy.
Surowy to gość, — cześć mu wszakże oddaję, bo nie modlę się ja, jako piecuchy, do kałduniastych bałwanów ogniska.