Straciłeś cel: biada, jakże przebolejesz teraz tę stratę lekkomyślną? Wraz z nim — zgubiłeś i drogę swą sprzed oczu!

Biedny ty, bałamutnie i kapryśnie bujający, znużony motylu! Czybyś nie zechciał na ten oto wieczór znaleźć odpoczynek i schronisko? Idźże więc do mej jaskini!

Tędy mknie droga do mej jaskini. A teraz uciekam czym prędzej od ciebie. Zległo to wszystko na mnie jako cień.

Sam chcę teraz pobiec, aby znów jasno uczyniło się wokół mnie. K’woli temu277 muszę długo i raźno krzątać się na nogach. Zaś dziś wieczorem — tańce będą u mnie! — —

Tako rzecze Zaratustra.

W południe

— Śpieszył więc Zaratustra i śpieszył coraz dalej, i nie spotykał już nikogo, i był sam jeden, i raz wraz myślą do siebie powracał, i rozkoszował się samotnością, i chłonął ją, i rozmyślał o wielu dobrych rzeczach, — całymi godzinami. Czasu południa, gdy słońce wprost nad głową Zaratustry stało, mijał on krzywe, sękate drzewo, bujną miłością winnego krzewu tak ogarnięte, że aż przed samym sobą ukryte: z krzewu tego zwieszały się ku wędrowcowi obfite żółte grona. Wówczas wzięła go ochota ugasić niewielkie pragnienie i zerwać takie grono; gdy jednak ramię już wyciągnął, zrodziła się w nim inna, jeszcze większa chętka: mianowicie zlec pod tym drzewem w tę godzinę doskonałego południa i zasnąć.

Tak też uczynił; i zaledwie zległ na ziemię w ciszę i przytulność barwistej murawy, już o swym niewielkim pragnieniu zapomniał i zasnął. Gdyż, jak głosi przysłowie Zaratustry: jedno jest niezbędniejsze od drugiego. Tylko że oczy jego pozostały otwarte: — nie mogły się one nasycić widokiem drzewa i miłości winnego krzewu, — nasycić i nauwielbiać. W zasypianiu jednak przemawiał Zaratustra tak oto do swego serca:

„Cicho! Cicho! Czyż nie doskonałym stał się właśnie świat? Cóż to ze mną dzieje się?

Jak pieściwe wiatru tchnienie po taflowej morza toni tańczy niewidzialnie, lekko, jak puch zwinnie: tak oto — sen po mnie pląsa.