Złowrogiej radości, z jaką wykonywa rzemiosło tropienia zła, odpowiada srogość, z jaką zdemaskowanym pokazuje ich przewrotność. Takim jest w drugiej scenie głównej, w straszliwej scenie z matką (111. 4). Już w drodze do niej przedsięwziął „pokazać jej zwierciadło”, „przemawiać do niej sztyletami, ale ich nie używać”, można by niemal powiedzieć, dlatego, że sztylet zabija od razu, natomiast językiem zabijać można godzinami i latami. Zgadzałoby się to przynajmniej z tym, co po drodze mówi do matki. Zastaje króla na klęczkach; przykłada już rękę do szpady, teraz mógłbym to uczynić, wygodnie; teraz to uczynię. Wtem strzela mu myśl do głowy: teraz jeszcze nie. Za tanim wyszedłby sposobem. Nie byłaby to zemsta, gdyby króla zabił podczas modlitwy i wysłał go do nieba. Nie, do piekła z nim, i dlatego na inną poczekam sposobność; gdy będzie podchmielony, gdy będzie na ohydnej drodze rozpusty, wówczas go zakłuję, tak, że aż nogi zadrze ku niebiosom, by jego dusza była tak przeklętą, a i tak czarną, jak przepaście piekła, w których utonie.
I odwróciwszy się do sypialni matki, cedzi przez zęby: „Medycyna ta chorobę tylko ci przedłuży”. Nie zamierza on leczyć, ani karać, grzebie on, przynajmniej w wyobraźni, w katuszach swej ofiary, tak jak innym razem grzebie w jej przewrotności.
A teraz scena w sypialni matki. Poprzedza ją przegrywka: zabija Poloniusza, przez nieuwagę. Nie wzruszając się tym zbytecznie — nie ma co żałować tego natrętnego błazna — zwraca się do matki i w obecności skrwawionego trupa zaczyna „przemawiać sztyletami”. Nigdy sztuki tej z większą nie wykonano srogością, jak ją tutaj wykonał syn wobec matki. Nurza, zatapia się w wstrętnych obrazach, którymi maluje jej hańbę. Przy tym zdaje się nie tyle oburzać na wiarołomstwo jej wobec pierwszego małżonka, ile raczej na absolutną nikczemność, brzydotę i marność uwodziciela, któremu się oddała; nie ma dość słów na odmalowanie ohydy tego nadętego łotra w koronie. Błąd moralny mniejszą ma u niego wagę, aniżeli zboczenie estetyczne.
Zjawienie się ducha, który tym razem, widziany tylko przez niego, przychodzi w sukni72 domowej i napomina go, ażeby oszczędzał matkę, a myślał o wykonaniu zemsty na królu, sprawia, że Hamlet przestaje go szarpać w swej wyobraźni. Poniechał przede wszystkim „przemawiania sztyletami”; znajduje on teraz naprawdę porywające słowa o skrusze i poprawie, o przyszłym zbawieniu. Niebawem jednak wpada na powrót w ton poprzedni; kończy zaś tym, że głosem na pół stłumionym jadowitością i obrzydzeniem wzywa matkę, ażeby prowadziła dalsze życie w hańbie i grzechu, aby je uwieńczyła zdradą wobec niego samego i potem złamała kark. — Odchodząc, opowiada jeszcze, że musi jechać do Anglii i napawa się odmalowywaniem sytuacji, mającej nastąpić w chwili, gdy on wraz z towarzyszami będzie w drodze: myśli, że go podminują, ale on wykopie kontrminę na sążeń głębiej i cieszy się już w oczekiwaniu widowiska, kiedy zakładający minę wylecą razem z nią w powietrze: „O, jak to pięknie, gdy przy jednym dziele z stron się przeciwnych zetkną dwa fortele!” Z kilku wzgardliwymi słowy zwraca się w końcu do trupa Poloniusza i zawłóczy go do przyległego pokoju. Scena z matką ważna jest dla pojęcia charakteru Hamleta. Jakże ją sobie tłumaczyć? Czy Hamlet naprawdę jest głosicielem pokuty, pragnącym wstrząsnąć sercem, aby je potem poprawić udręką pokuty? Uczucie palącej skruchy pragnie on naturalnie wzbudzić i w matce, pragnie wpoić i w nią swój wstręt do wzgardzonego króla. Ale czyż myśli on o możliwości poprawy, czy wierzy w nią? Zdaje mi się, że poeta uczyni! wszystko, by w oczach naszych uczynić to nieprawdopodobnym. Przede wszystkim to: partię środkową, w której brzmią tony cieplejsze, miększe, naprawdę wnikające do serca, wywołuje widmo ojca. Jak gdyby poeta chciał nam powiedzieć: tak przemawiałby człowiek szlachetny, kochający grzesznicę mimo jej grzechu. Skoro widmo wraz ze skutkiem swego zjawienia się znika, skoro Hamlet znowu jest sobą, popada na powrót w ostry ton oskarżyciela, tym razem w postaci żądania, ażeby przecież wszelką popełniła ohydę. I jak gdyby poeta pragnął uniemożliwić wszelką omyłkę w należytym pojęciu sprawy, zamknął ową scenę w ramy prologu i epilogu z Poloniuszem; albo czy też wszystko, co Hamlet tutaj czyni i mówi, należy do działalności głosiciela pokuty? Zdaje mi się, że nigdy nie przedstawiono dobitniej nastroju zaciętej pogardy ludzi, jak w tym nieopatrznym, przypadkowym usunięciu starca i w tych wzgardliwych dowcipach, towarzyszących tej czynności i którymi się posługuje przy oglądaniu i usuwaniu trupa. A kogo to nie przekona, ten niechaj zwróci uwagę na różnicę pomiędzy wydaniem z r. 1603 a przeróbką z r. 1604: w wydaniu pierwszym scena kończy się tym, że matka — jak to widzimy także w podaniu — przyrzeka synowi być mu pomocną w dziele zemsty, a i Horacjo donosi jej później o powrocie Hamleta z Anglii. Zmiana w drugim wydaniu ma nam widocznie pokazać beznadziejność sprawy.
Z tym samym rysem, występującym w scenach głównych, spotykamy się także w licznych scenach pobocznych: jest to sroga rozkosz w obnażeniu tych, z którymi się styka. Jak w scenie w sypialni matki uporczywie wywleka jej hańbę, najwyszukańszymi malując ją wyzwiskami, tak samo nie przestaje prostytuować wszystkie osoby dworu. Cynicznymi przytykami dręczy biedną Ofelię, dawniejszą swą kochankę; ile razy spotka starego Poloniusza, prześladuje go szyderczymi pytaniami i przymówkami; w wielokrotnych scenach ośmiesza Gildensterna i Rosenkranza, a kiedy ci dwaj tracą biedne głowy dzięki jego głębiej wykopanej minie (jakież zdumienie musiało ich ogarnąć na przywitanie w Anglii!), ma poeta natychmiast kompensatę w zanadrzu, robiąc z Ozryka tarczę dla jego szyderczych pocisków. Czyniono zarzut Szekspirowi, że powtarza motyw przedrzeźniania dworaków jako uległych pochlebców. Zdaje mi się, że poeta wiedział, co robi; chciał pokazać, że Hamlet nie umie żyć bez wykonywania swej sztuki, sztuki szyderczego obnażania swego otoczenia, doprowadzonej do wirtuozostwa; ona jedyna sprawia mu drobną ulgę od niesłychanego jarzma gniewu, wstrętu i pogardy, przygniatających jego duszę.
Co prawda — i to jest odwrotna strona rzeczy, na którą poeta silny kładzie nacisk, ulga ta jest tylko chwilową. Rozkosz, z jaką Hamlet wykonywa swą sztukę, szczęścia mu nie daje; poczucie najgłębszej nieszczęśliwości — oto główny nastrój jego duszy. Według Schopenhauera złośliwości dopuszczamy się tylko dla ulżenia nieznośnej katuszy wewnętrznej. Tak samo i tutaj: choroba Hamleta to pogarda ludzi i wstręt do życia, najstraszniejsza i najboleśniejsza ze wszystkich chorób. „Nie znajduję przyjemności w mężczyźnie, a i w kobiecie także nie”, powiada do Rosenkranza; a raczej — tak by powinien mówić dalej — mam wstręt do kobiety, do jej nieustannej, zmiennej, wstrętnej lubieżności — czyż matka moja nie jest kobietą? — do jej ohydnej, wyrachowanej kokieterii, uciekającej się do przeróżnych podłych sztuczek — czyż moja dawniejsza kochanka nie jest kobietą? „Wiem także coś o waszych malowidłach — mówi do Ofelii. Bóg wam dał jedno oblicze, a wy sobie robicie drugie. Patroszycie się, krygujecie się, cedzicie słówka, przedrzeźniacie boże stworzenia i lekkomyślność swoją pokrywacie nieświadomością” (III. 1). Nie mniejszy czuje wstręt do mężczyzn: do ich kłamstw, oszustw, chytrości, żebractwa, pełzania, kradzieży, skrytobójczych mordów; wszyscy są jednakowi. „Być uczciwym, to znaczy być wybranym z pośród dziesięciu tysięcy”. Dania jest więzieniem, cały świat jest więzieniem i to wielkim, gdzie jest niejeden loch i niejedna turmą, a wszystkie pełne takich rzezimieszków i łotrów (II. 2).
Gdyby to mógł ich nienawidzić, gdyby mógł te wstrętne kreatury nienawidzić silnie, należycie, jak zdolny nienawidzić mężczyzna, którego nienawiść pcha do czynu, ale on tylko doprowadza do uczucia nienawiści i pogardy. Przy sposobności zabija jedną z tych kreatur, Poloniusza, zabija tak, jak kopnięciem nogi odrzuca się na bok albo depce jakiś niemiły, zawadzający nam przedmiot — ot, dajmy na to, jakiegoś szczura! Tak samo wysyła na śmierć Rosenkranza i Gildensterna, bez namiętności, bez nienawiści, ale krwawy ten żart daje mu chwilę przemijającego wzruszenia. Nienawidzi króla, ale daleko większy ma wstręt do brzydala; w całej też sztuce więcej materiału do inwektyw dostarcza mu małżeństwo matki z tym nędznikiem, aniżeli mord, spełniony na ojcu.
Wstręt do ludzi rozciąga się też na niego samego; obok matki i stryja jest on sam dla siebie najgłówniejszym przedmiotem najwzgardliwszych obwinień. Słowa, które mówi o sobie w scenie z swą byłą kochanką (III. 1), są niewątpliwie zupełnie szczerym wyrazem jego uczuć: „Byłoby lepiej, gdyby mnie matka była nigdy nie porodziła; po co mają takie łotry jak ja pełzać pomiędzy niebem a ziemią? jesteśmy skończonymi zbrodniarzami! My wszyscy! Nie wierz żadnemu z nas”. (III. 1).
Zamarły w nim naturalne, zdrowe instynkty: nie umie się już gniewać, nienawidzić, boleć, a tym mniej zdrową odczuwać rozkosz i miłość. Słysząc aktora, ze łzami w oczach deklamującego o losach Hekuby73, nazywa się „podlcem i nędzarzem”.
Zamiast co tchu pójść na mordercę, w wyzwiskach, jak dziewka uliczna, szuka ulgi dla serca (III. 2). A powód do podobnego wyładowania uczucia wstrętu daje mu pochód Fortynbrasa (IV. 4). Straszliwy dar jasnowidzenia zwraca się także przeciw niemu samemu. Widzi wewnętrzny rozkład swej istoty, postępujący paraliż woli, zdrowego odczuwania i działania; z uczuciem srogiej i bolesnej zarazem rozkoszy grzebie w swym wnętrzu. Mógłby o sobie powiedzieć z Mefistofelesem: