Kto mi będzie rękojmią? Tak wszystko ciemne — kręte labirynty; żadnego wyjścia, żadnej gwiazdy przewodniczki. Jeśli wszystko z tem ostatniem tchnieniem przepada, przepada jak błaha dziecinna gra marionetek... Ale na cóż to wrzące pragnienie szczęścia? te ideały nieosiągniętej doskonałości, to rwanie się do zamiarów niewykonalnych? jeżeli nędzne pociśnienie nędznego narzędzia... Przykładając pistolet do głowy. na równi stawia głupca z mądrym, lękliwca z mężnym, cnotliwego z łotrem? Taka boska harmonia w tej bezdusznej naturze, dlaczegóż w rozumnej byłby rozdźwięk taki! Nie, nie! coś więcej być musi, bom ja jeszcze nie był szczęśliwy.
Myślicie, że zadrżę przed wami, wy, duchy zamordowanych przeze mnie? — Nie, ja nie zadrżę. Drżąc silnie. Te przeraźliwe jęki waszego konania, te duszeniem poczerniałe twarze, te straszliwie poziewające rany — to tylko ogniwa nieprzełamanego łańcucha przeznaczenia, co się przyczepiły do moich wieczorów próżniaczych, do kaprysów mamek i nauczycieli, do usposobień ojca, do krwi mojej matki. Z drżeniem coraz żywszem. Dlaczego mój Perylus stworzył mię na woła, że ludzkość w rozpalonym brzuchu moim się piecze149?
Przykładając pistolet.
Czas i wieczność — jedną sekundą przykute do siebie! Oto klucz straszliwy, co za mną więzienie życia zapiera150 i odryglowuje przede mną mieszkanie wiecznej nocy! Powiedz, o powiedz, dokąd mię zawiedziesz, ty obcy, nigdy nieobżeglowany kraju! Patrz — ludzkość pod tym obrazem upada; rwie się naciągnięta siła śmiertelnika — a wyobraźnia, ta zmysłów małpa swawolna, kłamie naszej łatwowierności jakieś dziwne mary. Nie, nie! mężczyzna chwiać się nie powinien. Bądź, czem chcesz, ty bezimienne wybrzeże — niech mi tylko moje Ja wiernem zostanie: bądź, czem chcesz — bylem z sobą siebie samego mógł zabrać. Świat zewnętrzny to skorupa człowieka — ja jestem swojem niebem i swojem piekłem.
Zaślesz mię na jakie zgliszcze okręgu światowego, sprzed oczów twoich wygnane, gdzie się memu obliczu noc tylko samotna i wieczne pustynie przedstawią. Milczące pustkowie swojemi fantazjami zaludnię, a wieczność dostarczy mi czasu do anatomizowania zmieszanego obrazu nędzy powszechnej. Zechcesz mię przez coraz nowe utwory i coraz nowe widowiska nędzy — ze stopnia na stopień aż do zniszczenia prowadzić? Kto mi zabroni, nitki mojego życia tam poza światem przędzone, tak jak i tę rozerwać? Możesz mię w nicość obrócić, tej wolności odebrać mi nie możesz. Nabija pistolet, nagle zatrzymuje się. Mamże z bojaźni przed dręczącem życiem umierać? Nędzy zostawiać zwycięstwo nad sobą? Nie, nie! będę cierpiał. Odrzuca pistolet. Niech udręczenie stępieje na dumie mojej! — Dokończę!
Coraz ciemniej.
HERMAN
Z między drzew wychodząc.
Słuchaj! — słuchaj! — puszczyk wyje przeraźliwie. Tam we wsi dwunasta wybiła. Dobrze, dobrze — zbrodnia śpi — w tem dzikiem miejscu nikt nie posłucha. Przybliża się do starych ruin i stuka. Wychodź, nędzarzu, mieszkańcze więzienia — wieczerza twoja przygotowana.