Marulka, przyzwyczajony do ciągłego potakiwania żonie, przyświadczył i tym razem:
— Prawda...
Lecz Frania przyskoczyła do niego z zaiskrzonymi oczami.
— Co prawda?! — wrzasnęła. — Co prawda?
— Ano to, co mówisz!...
— A!... więc kokocko wyglądam?
Podparła się pod boki, dusząc się w zbyt ciasnym gorsecie i aksamitnym kołnierzyku sukni.
Żółty kwiat chwiał się na jej głowie, jak chorągiew niesławy.
— Ja... nie mówię — jąkał nieszczęśliwy Marulka.
— Otóż na złość pójdę tak, jak jestem! — wołała Frania. — A jeżeli mnie kto zaczepi albo paupry15 mnie sekować16 zaczną, to będzie twoja wina, mój czuły panie mężu!...