I on sam! On ma jej bramę otwierać, aby ułatwić jej w ten sposób wyjście na schadzki nocne!
I przypomina mu się, jak przed tą samą bramą Kaśka zaręczała, że pragnie iść za mąż jak na uczciwą dziewczynę przystało.
A on głupi uwierzył i obchodził się z nią jak z taką, która ma coś jeszcze do stracenia!
I brutalną ręką potrąca Kaśkę, wyrzucając ją za bramę.
— Leć na złamanie karku! — woła stłumionym od gniewu głosem, zatrzaskując z furią ciężką, okutą furtkę.
Kaśka, uderzona gwałtownie w plecy, o mało nie upadła twarzą na mokre flizy chodnika. Deszcz lał strumieniami, przecinając z głuchym łoskotem powietrze.
Kaśka odkryła głowę, chcąc ochłodzić rozpalone skronie w tej zgniławej powodzi, która smagała jej twarz wśród ciemności zalegających ulicę.
Puściła się w stronę miasta, brnąc po kostki w wodzie. Gdzieniegdzie paliły się jeszcze światła gazowe, błyskając chorobliwym blaskiem wśród ciemnej przestrzeni. Rynsztoki płynęły z szumem, wylewając ze swych krawędzi brudne i cuchnące fale. W powietrzu czuć było miazmy rozkładających się ciał, płynących z tą wodą ściekającą z rynien z łoskotem jednostajnym podobnym do oddalonego głosu bębna. Kaśka biegła na oślep, przemoczona do kości, drżąca od fizycznego i moralnego bólu, wystawiając swą twarz spuchniętą pod zimne strugi wody. Ulice były puste, czasem tylko przemknęła dorożka, obryzgując trotuary wodą, lub spóźniony przechodzień biegł, usiłując parasolem zasłonić się przed ulewą.
Kaśka skręciła na prawo, nie wiedząc po prostu, gdzie ją ta ulica prowadzi.
Straciła już świadomość swych czynów, skórę miała rozpaloną, a wewnątrz zastygło w niej lodowate zimno, od którego zęby jej dzwoniły jak w febrze. Powalanymi cegłą rękami ocierała strugi wody, płynące jej po twarzy; suknie przemoczone ciężyły jej, a chustka na ramionach zdała się stufuntowym ołowiem.