Owszem, dlaczegóż nie ma pozwolić tej dziewczynie przenocować w schowanku? Cóż to, czy one sądzą, że on z kamienia i na biedę ludzką nie ma wyrozumiałości? On wie, co się należy dla kobiet, i chętnie nie tylko pozwala, ale i siennika nawet pożyczy. Kaśka, pełna wdzięczności, głaszcze go po ramieniu. Mój Boże! Ona się tak bała, że Jan ją ofuknie i Rózi precz iść każe; teraz go przeprasza za to posądzenie — myślała, że jest o wiele niepoczciwszy — ot, jak każdy chłop, który dziewczynami poniewiera.

I chętnie odpowiada na pytania Jana, jakie ten ostatni jej zadaje. Pytania te tyczą się głównie Rózi, kto jest, skąd przybyła, czy ma jakiego kochanka.

Kaśka przedstawia swą przyjaciółkę w jak najlepszym świetle. Milczy o jej wadach, nie może jednak pominąć opowieści o Feliksie. Jan śmieje się, pobudzony nagle obrazem zwierzęcego przywiązania tej płaskiej dziewczyny dla starego, żonatego człowieka.

— A to ci kawalarka! — mówi — ja zaraz poznałem, że to musi być rarytny ananas, bo ma takie świdrujące ślepie...

I za oddalającą się Kaśką posyła jeszcze wybuch śmiechu i „to ci kawalarka!”.

Wróciwszy do kuchenki, zastała Kaśka Budowską oczekującą na nią niecierpliwie. Na żółtej twarzy Julii widniało jakieś rozpaczliwe postanowienie, chęć dopięcia, bądź co bądź, zamierzonego celu. W ręku trzymała list zapieczętowany, z nakreślonym ukośnie adresem. List ten wręczyła Kaśce, nakazując jej iść natychmiast do Politechniki, odszukać tam rzeźbiarza Wodnickiego i temu wręczyć list dla przesłania go wiadomej osobie.

— Idź prędko — mówi, zbliżając się do komina — ja obiadu dopilnuję, ty idź i dopytaj się mądrze o tego pana. To jest młody pan, co z kamienia ludzi robi — tłumaczy, podnosząc z nerwowym pośpiechem pokrywki od garnków — pokażą ci, gdzie on lepi; ty jesteś rozumna dziewczyna, trafisz z pewnością.

Kaśka wychodzi szybko, ogarnąwszy się trochę. Włożyła lepszą spódnicę i stary flanelowy kaftanik. Chciała wstąpić po chustkę, ale cofnęła się już od drzwi strychu. Ona się zagrzeje, idąc; Rózia, siedząc pod strychem, może zziębnąć gorzej. Woli więc zostawić chustkę przyjaciółce.

Wyszedłszy na ulicę, zatrzymuje się, orientując powoli.

Politechnika! — trudna nazwa — i Kaśka z pewnością by nie trafiła, gdyby nie to, że dawno już, wtedy jeszcze, gdy była u Pinkusów Lewi, przechodziła z niańką przez ulicę prowadzącą za miasto. Kończyli właśnie budować jakiś wielki budynek i Kaśka stanęła chwilę, aby się dobrze tej masie przypatrzyć. Jeden z robotników, który nawet wyglądał na „starszego”, wytłumaczył zaciekawionym dziewczynom cel, na jaki gmach ten ma być przeznaczony. Tłumaczenie to nie było nader jasne, a Kaśka i Franka nie odznaczały się widocznie bystrością umysłu, skoro odeszły tak mądre, jak się zatrzymały. Wpadła im tylko do uszów nazwa „Politechniki”, którą przekręcały na swój sposób. Nazwa jednak w pamięci została. Dlatego Kaśka, po chwilowym namyśle, skierowała się na prawo i szybkim krokiem zapuściła się w labirynt wąskich i żydostwem zapchanych uliczek. Koło Pocztowej ulicy przestrzeń zaczęła się rozszerzać, domy czyściejsze, wolne od żydowskich szyldów i szafek wznosiły swe mury zdobne w balkoniki przystrojone pasami śniegowego puchu.