— Eh, mojaś ty! — odzywa się po chwili. — Cholera wie, co się tym chłopom podoba; dziś ci powie, żeś królowa śliczności, a bez dzień nazwie cię tłumokiem... A zresztą, może już inna mu w łeb wlazła — dodaje cichszym głosem.
Ale Kaśka porywa się nagle z niezwykłą u niej energią.
— Inna? Inna? — woła pełna wzburzenia i niebywałej u niej złości. — Dałabym ja tej bestii, no...
Wzruszenie tamuje jej głos, mówić dalej nie może, ale wysoko podniesioną ręką grozi ciągle tej „innej”, grozi w nieubłaganym rozdrażnieniu, dziwnym w tej cichej i łagodnej istocie.
Rózia podnosi głowę i patrzy chwilę na Kaśkę, wielką, silną, wznoszącą swą olbrzymią postać wysoko i potęgującą się jeszcze w ciasnej przestrzeni, w jakiej są obie zamknięte.
— I cóż byś jej zrobiła, co? — pyta, nie dowierzając energii dziewczyny, którą do tej chwili przywykła uważać za uosobienie bezkrwistej powolności.
— Ja? — odpowiada Kaśka, zaciskając pięści. — Ja bym jej slipie wybiła! Mordę roztłukła! Łeb rozwaliła!... Ja bym ją... zabiła!...
Ostatnie słowo wymawia przecież ciszej i za chwilę, łkając głośno, osuwa się na brzeg siennika. Teraz już cała energia opuściła ją — było to sztuczne podniecenie wywołane przez bezustanne cierpienia. Szlochając i zawodząc żałośnie, spowiada się przed Rózią ze wszystkiego, z całego przebiegu swej znajomości z Janem. Tamta słucha ją ciekawie. Nagle przerywa opowiadanie Kaśki, pytając niedowierzająco:
— Toś ty nie miała przed nim nikogo?
Kaśka porywa się oburzona.