Dla formy pyta o nazwiska. Dla formy tylko, bo obu tych ludzi zna dobrze. Ileż razy śmiał się szczerze serdecznie razem z tym wesołym aktorem, który stojąc koło budki suflera, wstrząsał tłumy i doprowadzał do szalonych wybuchów wesołości. A ten drugi, blady, ponury, czyż wczoraj jeszcze jako Uriel Acosta nie miotał piorunujących przekleństw z całą potęgą olbrzymiego talentu wspartego niepospolitym wykształceniem i inteligencją?
Urzędnik poznaje nawet jeszcze szczątki brody, które w dzień biały martwotą swoją odbijają dziwnie od żywej, choć wybladłej skóry.
Na zapytanie urzędnika nie ma wszakże stosownej odpowiedzi.
Uriel Acosta milczy chwilę, po czym grobowym głosem wygłasza, co następuje:
— Ja się nazywam Warschauer, a to mój przyjaciel, Bamberger; pan dyrektor wie, ten, co wyszedł ze szpitala.
Nazwany Bambergerem śmieje się tak głośno, że fioletowe pręgi występują mu na twarz.
— Psiaga! — woła wśród spazmów wstrząsających jego rozlanym ciałem — ja jestem Ziomek, pan Buli, której wczoraj u Pańkowskiego w łeb strzeliłem. Już i ta suka niczym by więcej na tej ziemi nie była, więc namyśliłem się i psiaga tylko oczami łypnęła... Zawsze, panie komisarzu, lepiej niech zdycha, niż żeby się miała z nami do rana włóczyć... To nie wypada dla uczciwej suki... jak pan komisarz myśli?... ha?!
Uriel Acosta nie przerywał wcale.
Teraz z niezmierną uwagą wpatrywał się w uszy pana Rimotata, mrucząc od czasu do czasu:
— Nadzwyczajnie! Parole d’honeur33, nadzwyczajne!