Prośba ta pokorna rozbrzmiewa wśród sklepienia jak rozpaczliwy jęk zanadto dręczonej istoty. Kaśka leży wciąż nieruchoma, straszna swą bladością i nędzą, kąpiąc obdarte łachmany w różnokolorowych promieniach światła zaścielających posadzkę. Ponad nią Chrystus surowy, wybladły, z twarzą ascety zdaje się powtarzać słowa swego sługi:
— Pokuta! Pokuta!
*
— Teraz już panna możesz iść do domu.
Kaśka podnosiła się z kuferka, na którym siedziała, i postawiła wypróżniony talerz na ziemi.
Stojący przed nią staruszek brząkał niecierpliwie pękiem kluczy trzymanych w pokręconych od reumatyzmu palcach. Znalazł Kaśkę na podłodze kościelnej nieprzytomną, martwą prawie. Przyszedł właśnie zamykać kościół, gdy potknął się o tę dziewczynę leżącą na podłodze jak kawałek drzewa. Przy pomocy dwóch posługaczy kazał ją przenieść do swej izdebki i otrzeźwił po długich staraniach. Staruszek miał dobre serce, które nie zasklepiło się w fanatycznym, a samolubnym życiu i klepaniu pacierzy. Talerz ciepłej zupy i kawałek chleba był najlepszym dla osłabionej dziewczyny lekarstwem. Podzielił więc swój obiad na dwie części i jedną wlał prawie przemocą w zaciśnięte gardło Kaśki. Ona, pod wpływem ciepła panującego w izdebce, przyszła powoli do siebie; odpoczęła, a teraz, milcząc, zabierała się do odejścia. Wiedziała, że był to przytułek chwilowy i że prędzej czy później opuścić ten kącik musi.
Staruszek wpatrywał się w nią uważnie, po czym wzruszył znacząco ramionami.
— Czemu ty do roboty nie idziesz?... Taka wielka dziewka, żeby głodem marła!...
Kaśka podniosła na mówiącego załzawione oczy.
— Od tylu dni szukam roboty i nie mogę znaleźć. Byłam w pralni, zamknęli ją bez jakieś oszustwo. Teraz ani ugryź znaleźć nic nie mogę.