Kaśka doznawała pod tym wzrokiem niewypowiedzianych męczarni. Znała już dobrze te oczy mężczyzn powleczone mgłą białawą. Wiedziała, że jest to zapowiedź rozzwierzęcenia się człowieka. Drżała na samą myśl, że może paść ofiarą tego zbydlęcenia.

Dlatego doznała niewypowiedzianej ulgi, gdy Wodnicki oznajmił jej koniec posiedzenia. Praca mu nie szła widocznie, wolał odłożyć ją na później.

Gdy Kaśka zeszła z podwyższenia, na którym pozowała, musiała przechodzić koło studenta, siedzącego obok zrzuconej przez nią odzieży. Zakrywając się skrzyżowanymi na piersiach rękami, starała się przesunąć obok tego mężczyzny tak, aby nie dotknąć jego nóg wyciągniętych.

Ale on porwał się z miejsca i postąpił kilka kroków. Szybko objął Kaśkę w pół i przysunął ku sobie — ona wyrwała się z tych objęć, odpychając go z całą siłą, na jaką zdobyć się mogła.

Student zachwiał się i wpadł na głaz, na którym siedział poprzednio. Nie znalazł przecież innego słowa dla wyrażenia swego zdziwienia nad te wyrazy:

— A to bestia!

Wodnicki, ubierający się do wyjścia, odwrócił głowę.

— Daj jej spokój, to taka nędza!

Kaśka spojrzała na małego rzeźbiarza z najwyższą wdzięcznością.

Taka nędza!