Siedział teraz, pogwizdując walca z Gasparone i łupiąc tafelkę miki ostrym paznokciem.

— A nie przychodź więcej tu na noc — dodał, przestając nagle gwizdać. — Zarządzający gmachem widział cię i robi mi wymówki. Możesz mnie narazić na podejrzenie.

Kaśka nic nie odpowiedziała. Traciła znów przytułek na noc, wiedziała, że znów tułać się będzie po rowach lub krzakach Wysokiej Góry. Przymknęła oczy, jakby rażona nagle widokiem czegoś strasznego, co ją oczekiwało. Powoli przecież zebrała resztki sił i postąpiła w stronę drzwi.

Wodnicki w tej jej powolności upatrzył oczekiwanie słusznie należnej zapłaty.

— Słuchaj, ty maszkaro — zawołał, wyciągając wspaniałym gestem rękę — przyjdź do mnie za tydzień albo za miesiąc, to ci dam kilka guldenów. No cóż, przyjdziesz?

Był w tej chwili zupełnie szczery. Żałował tej nędzarki, obdartej i bosej, która szła w taką szarugę w świat, bez grosza i pewnego zarobku. Tylko tego ranka był diabelnie goły, bo — jak się wyrażał — „flota mu nie dopisała”.

Gdyby miał pieniądze, rzuciłby je bez wątpienia tej biednej dziewczynie, która teraz, stojąc koło drzwi, łzawymi oczami wpatrywała się w przestrzeń.

— Może ci nawet znajdę u kogo zajęcie — dodał, uśmiechając się dziwacznie — tylko, że ty coś diabelnie wychodzisz z formy.

Spojrzeniem domówił reszty.

Kaśkę oblała gorąca fala krwi. Żartu nie rozumiała wcale, ale uśmiech, spojrzenie, gest, pojęła w jednej chwili. Nerwowym ruchem zacisnęła dokoła siebie swe łachmany. Jak to? Więc to już znać tak bardzo, że ludzie spostrzegają i wyśmiewają się z niej, rzucając jej tę hańbę w oczy?