Jan spojrzał na Kaśkę i przeraził się wyrazem jej twarzy. W blaskach słońca zionęła cała jakimś dzikim gniewem, który mógł złe pociągnąć za sobą następstwa. Postanowił się od niej uwolnić i uciec jak najprędzej. Robiła na nim wrażenie wariatki. Pochwycił więc szybko jej ręce i silnym ruchem odtrącił ją od siebie.
— Abo to mój dzieciak! — zawołał gniewnie, uciekając jak szalony w kierunku sąsiedniego ogródka.
Kaśka wydała straszny krzyk, jeden, lecz przejmujący do szpiku kości. Potrącona silną ręką mężczyzny, zachwiała się na nogach i zatoczywszy kilka kroków w tył, spadła z wysokości kilku metrów na dno Starych Dołów. Żółta, miękka ziemia przyjęła bezwładne ciało kobiety, które wydatną masą zaczerniło się na jasnym tle gliny.
Jan tymczasem podążył szybko przez ogródki, aby połączyć się z towarzyszami, którzy uszli już spory kawał drogi, dziwiąc się, co mogło zatrzymać najweselszego z ich grona i opóźniać w ten sposób partię kręgli przygotowaną dla nich w rogatkowej bawarii.
Gdy Jan zjawił się nareszcie, powitano go gradem dwuznaczników i tłustych konceptów. On nie zapierał się wcale, dając do poznania, że go spotkała na drodze jakaś przygoda miłosna, która zabrała mu cokolwiek czasu. Towarzysze zazdrościli mu tych łatwych miłostek, które słały mu się pod nogi w dzień biały, po drodze do bawarii.
Wzdychali tylko, mówiąc:
— Ten szelma ma szczęście!
*
— Ja ciebie chrzczę, Mario, w Imię Ojca! Syna! I Ducha!...
Dziecko jęknęło raz jeszcze pod tym strumieniem wody, którą Madi wylewała mu na główkę i... konać zaczęło.