Kaśka wstrząsała się nerwowo.

Coś nieokreślonego przebiegło całe jej ciało i ścisnęło serce. Instynktowo wyciągnęła naprzód ręce, dziwne rozrzewnienie opanowało ją całą. To zwierzęce przywiązanie do dziecka tak targnęło jej całą istotą. Ale siły ją opuściły, wyciągnięte ręce opadły wzdłuż ciała — i wyczerpana nienaturalnym przebiegiem porodu osuwała się bezprzytomnie na poduszki.

Tymczasem Madi zajęła się dzieckiem. Była to dziewczynka ośmiomiesięczna, pomarszczona, a choć dobrze zbudowana, nierokująca dłuższego życia nad kilka minut, w najlepszym razie — godzinę.

Sznaglowa zajęta trzeźwieniem Kaśki, rzuciła wzrokiem na dziecko i wymownym ruchem ramion wydała o nim sąd stanowczy. Wtedy Madi przystąpiła do zwykłej ceremonii, którą spełniała zawsze w takich wypadkach. Naczerpnąwszy w prawą rękę wody, zbliżyła się do konającego dziecka, a nalawszy mu wody na głowę, wyrzekła dobitnie następujące słowa:

— Ja ciebie chrzczę, Mario, w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego!

Dziecko otworzyło błękitne oczy, wpatrzyło się w sufit izdebki — po czym powoli bardzo zasunęło powieki i zostało już tak straszne, martwe, sine w niepewnym świetle lampy. Lekki oddech poruszył maluchną piersią i znów jedna dusza uleciała na powrót w krainę wiecznej tajemnicy.

Tymczasem banda spóźnionych i dobrze podchmielonych mężczyzn powracała od rogatek, krzycząc i hałasując po drodze. Śmiechy ich i śpiewy przecisnęły się do izdebki, w której leżała Kaśka. Ponad wszystkimi górował głos Jana. Ten śpiew pijacki ojca wpadł nagle wśród nocnej ciszy i owionął ochrypłymi tony siny trup dziecka i bezprzytomną z bólu i cierpienia matkę.

*

— Niech panią Sznagiel szlag trafi!... Ja dam na trumienkę, a dziecka w papierze wyrzucać na cegły nie dam.

— Phi! Jak panna Marynka taka dama, to proszę. Można jeszcze i karawan zamówić z piórami i liberią!