— Powiedział, że to nie jego! — wyszeptała prawie nieprzytomna.
Marynka zasłoniła trupa.
— Kto ci to powiedział? — zapytała, nachylając się nad chorą.
— On! Jan!
Marynka porwała się gwałtownie.
— Gdzieżeś tę psiewiarę widziała? — zawołała.
Ale Kaśka już umilkła. Nie chciała widocznie mówić więcej. Była tak nieszczęśliwa, że czuła, iż słów jej zabraknie, aby swój ból opisać. Cierpiała przy tym bardzo, dojmujące boleści przeszywały jeszcze jej wnętrzności, a wzdłuż krzyża przebiegały straszne dreszcze. Drżała cała jak w febrze, a zęby dzwoniły, uderzając jedne o drugie. Widocznie męka jej końca nie miała. Marynka postała jeszcze długą chwilę koło chorej, starając się przynieść jej ulgę. Okrywała ją wszystkimi szmatami, które napotkać mogła, i obiecała przynieść araku, który ukradnie swej pani ze śpiżarnianej szafki.
Czuła wielką litość dla tej nieszczęśliwej istoty, tym nieszczęśliwszej, że opuszczonej jak pies, którego pan wypędza od siebie, przeznaczając na zagładę.
Powoli przecież zdawało się jej, że Kaśka uspakaja się, cicho więc wyszła z izdebki, obiecując sobie powrócić za kilka godzin. Gdy schodziła ze schodków, spotkała się ze Sznaglową powracającą z miasta. Sznaglowa powiedziała, że trumienkę zaraz przyniosą, niebieską i wiórami napełnioną. Kosztować miała półtora guldena. Marynka zgodziła się na cenę, ale kazała Sznaglowej wstrzymać się z włożeniem trupa do trumny aż do chwili, w której ona będzie obecna. Sznaglowa przyrzekła jej to solennie i Marynka poszła, o ile mogła najśpieszniej, w stronę miasta.
Idąc, zatrzymywała się wszakże kilkakrotnie dla nabrania oddechu — choroba piersiowa rozwijała się w niej, niszcząc cały organizm.