— Ile ci pani dała zadatku? — pyta człowiek w szlafroku, zaczajając się jakby do skoku.

— Reńskiego w srebrze — odpowiada Kaśka.

— Oddaj go!

Kaśka, przerażona, nie może przez długi czas znaleźć odpowiedzi.

— Oddaj — powtarza mężczyzna — kto cię tam zna... Może jesteś Bóg wie jaka przywłoka... Jutro ukradniesz co i pójdziesz, a ja ci mam jeszcze za to płacić? Ta głupia Julka zawsze tak robi... Szast, prast... pieniądze wyrzuca jakby swą własność!... Miłosierny Boże! Co to ze mną będzie... co to będzie!...

Postąpił kilka kroków naprzód.

— Czy to ma być wyszorowana podłoga? — zapytuje, przysiadając na ziemi i wlokąc za sobą sznur długi i obszarpany. — To jest tylko brud rozmazany, a wszystkie plamy zaraz jutro wyjdą... Popraw to zaraz...

Siedząc na ziemi, rozglądał się dokoła uważnie, jakby coś obliczał i przypominał sobie.

— Masz tu czternaście kawałków drzewa na jutro do obiadu... to ci wystarczy. Naczynie utrzymuj czysto, bo to moja praca i kosztuje mnie niemało...

Nagle porwał się z ziemi i rzucił na stojący na stole samowar.