— Może pan Jan pokpiwać — tłumaczy wolno, patrząc na wierzchołki drzew, wystające spoza muru klasztornego. — Może pan dworować, ale co prawda, to prawda. Nie myślałam o głupstwach, bo czasu nie było, a potem...

Tu urwała, nie chcąc wydać się przed Janem ze swoim marzeniem. Pragnęła z czasem wyjść za mąż uczciwie, po bożemu, za porządnego rzemieślnika. Czysta, widna izba, wypoczynek niedzielny, łagodny mąż, nazwa mężatki, a przy tym ta błoga pewność posiadania własnego kącika — oto był cel marzeń Kaśki. Nie chciała wszakże, aby Jan wiedział o tym, i dlatego zamilkła nagle, nie kończąc zdania rozpoczętego. On wszakże domyślił się jej dążeń tajemnych, bo przechylając głowę i mrużąc figlarnie oczy, zapytał:

— Aha! To panna Kasia chce się wydać? Oj! joj!... co to rarytas iść za mąż! To nie warto!...

Kaśka podniosła głowę i spojrzała w twarz szydzącego z niej Jana.

— Dlaczego nie warto? Przeciek lepiej być na swoim, jak całe życie na drugich harować — dodaje z ożywieniem.

Jan machnął ręką.

— Abo to na męża harować nie trzeba? Chłop zawsze chce, aby baba na niego robiła. Taka już u niego kundycja. A jeszcze jak bez kościół panna Kaśka go przewiedzie, to już po wszystkiemu. Weźnie pannę za łeb i panna ani piśnie.

Kaśka spojrzała w oczy Jana, a oczy te migotały jakoś dziwnie w żółtym świetle latarni.

— Ha! Wszyćkie tak robią. Tyle wydanych chodzi po świecie — rzekła z rezygnacją.

— Dlatego, że jedna durna, to i reszta ma zdurnieć? — wybuchnął Jan z rodzajem dziwnego gniewu. — Na co wiązać się na przepadłe, czy nie lepiej na wiarę? Można się puścić, kiedy człowiek chce, a nie tak przez całe życie się kłócić.