Jakaś kucharka! — da sobie sama radę, a zresztą pewnie nic porządnego — kto by się o nią troszczył!
Kaśka dobiega do kamienicy i wpada do sieni. Panuje w niej mrok prawie zupełny. Jan nie zapalił jeszcze naftowej lampeczki oświetlającej tę część budynku. Kaśka, zdyszana, opiera się o ścianę i zamyka oczy. Pragnie odpocząć chwilkę, zanim wejdzie na schody.
Nagle jakieś silne ramiona opasują jej łono i pociągają ją w najciemniejszy kąt sieni.
To kanonier niechcący puścić tak łatwo swej zdobyczy. I ciśnie do ściany przelękłą dziewczynę, która nawet bronić się nie usiłuje.
Chce jej dowieść, że z „cisarskim żołnierzem” nie ma „szpasów” — i ostrzega, aby z nim „psa nie wybierała” (nie namyślała się), bo źle na tym wyjdzie.
Kaśka traci swą zwykłą siłę; ręce jej, zamiast odepchnąć natrętnika, opadają wzdłuż ciała; poza ramionami żołnierza Kaśka spostrzegła Jana. Odgadła go raczej, przeczuła. Stał tuż przy nich, ale krył się prawie cały w cieniu; ona jednak wie, że to on z pewnością — i rozpacz ogarnia ją na myśl, że widzi ją w tej walce z pijanym żołnierzem. Rozpacz ta paraliżuje ją prawie, odbiera odwagę, czyni ja bezsilną. Z piersi jej wydobywa się tylko jeden krzyk, wspaniały swym brzmieniem, krzyk kobiety, pogwałconej w swej osobistej godności — u wszystkich warstw jednakowy, pełen bólu, skargi i bezsilności kobiecej.
Na ten krzyk ciemna postać stróża stojącego w zagłębieniu bramy odrywa się szybko od ciemnego tła — i kanonier odrzucony silnym ramieniem stróża obija się z głuchym łoskotem o przeciwległą ścianę. Kaśka, oswobodzona, ucieka kilka kroków, lecz suchy odgłos dawanych i odbieranych policzków przykuwa ją na miejscu. Przed nią, wśród zalegających wnętrze sieni zmroków, zwijał się olbrzymi kłębek z dwóch ciał męskich; przekleństwa ich mieszały się z łoskotem razów, krótkie, urywane wyrazy padały, przerywane uderzeniem; widocznie Jan starał się wyrzucić za próg bramy „cisarskiego żołnierza” i kierował go ku roztwartym drzwiom, przez które wpadał hałas i gwar uliczny. Kanonier bronił się zacięcie, nie chcąc ustąpić z miejsca; pluł przy tym i obsypywał stróża gradem obelg, w których „cywil zatracony, kanonenfuter19 i cywilska nacja” główną grały rolę. Kaśka stała zdrętwiała z trwogi wobec tych dwóch ludzi masakrujących się z dziwną zaciekłością. Obaj nie znali jej prawie, a zabijali się teraz, przepełniając sień przekleństwami i suchym trzaskiem odbieranych policzków. I drżała z obawy, aby kanonier nie użył tasaka wiszącego mu u pasa. Och! Wtedy Jan byłby zgubiony, a ona stałaby się przyczyną tej zguby. I w bezmiernej trwodze gryzie własne ręce, tłumiąc krzyk cisnący się jej do gardła.
Nagle — oddycha swobodniej.
Walka skończona.
Kanonier, z podbitym okiem i zwichniętą ręką wyrzucony za bramę, złorzeczy „cywilnemu” i „holkom” i wlecze się w stronę koszar, bardzo niezadowolony ze swej miłosnej przygody.