Powoli otwierały się bramy domów, błyskając otworem sieni, z której dobywał się hałas budzących się ze snu ludzi.
Od czasu do czasu zajęczał słaby głos dzwonka wzywający zakonników na poranne modlitwy.
Przez szarawe, niepewne tło horyzontu przecierały się leniwie błękitne smugi, zwiastując uśpionemu jeszcze miastu piękny, pogodny dzionek. Miasto przecież budziło się leniwie, jakby nieciekawe uroku letniego poranka, rzec można, że się „wyżyło” jak stary rozpustnik przyzwyczajony do widoku nieskalanej jeszcze piękności.
Jan energicznie wziął się do zamiatania chodnika. Jego silny, zdrowy organizm potrzebował ruchu i męczącej pracy. Lubił wczesnym rankiem zamiatać ulicę; chłód, jaki wyziewały ostudzone wśród nocy kamienie, wnikał mu w ciało i ziębił przyjemnym dreszczem.
Ciasna komórka służąca mu zwykle za mieszkanie, a właściwie za legowisko nocne, dawała zbyt mało powietrza dla jego szerokich piersi. Rano wstawał zwykle z głową pełną niezdrowego ciężaru, wychodził chętnie na ulicę, a ująwszy miotłę, w przyśpieszonym ruchu wypędzał ze siebie, według jego słów, „choróbsko, które mu się do głowy cisnęło”.
Dziś, tak jak zwykle, wstał rano i jest już na zwykłym posterunku. Na jego twarzy rozpościera się czerwonawa plama, a zajmując część nosa, kończy się na prawym policzku. Jest to znak wczorajszej walki i dowód rozmiarów pięści „cisarskiego żołnira”.
Jan nie lubi, gdy mu coś dolega, a właśnie ból nosa dokucza mu w sposób nadzwyczajny. Kanonier ma niezłą siłę, a choć Jan zemścił się, oddając mu poczwórną porcję kułaków, to stanu rzeczy nie zmienia i ból nosa pozostaje zawsze jednakowy. Jan objawia swoje niezadowolenie, plując i mrucząc co chwila:
— Psia krew zwykła, psia krew sobacza...
Rzeczywiście, po co mu było mieszać się do tej całej awantury — niechby żołnierz trochę tę „jezuitkę” podusił, nic by się wielkiego nie stało.
Ba! — ale Janowi jakoś dziwnie przykro było patrzeć, jak inny mężczyzna Kaśkę chciał całować. Prawda, że mimo woli odsunął się od niej, widząc w żądaniu małżeństwa zaporę nie do przebycia, ale w egoizmie męskim chciał, aby nikt nie dotknął dziewczyny, skoro on pozwolić sobie tego nie może. Przy tym przyznawał się teraz, że lubił zawsze takie duże, rosłe kobiety, a Kaśka miała jeszcze miłe spojrzenie, które mu w piersiach „świdrowało”.