— Dzień dobry pannie.
Kaśka czuje się bardzo szczęśliwa i wdzięczność jej dla Jana wzrasta z niezwykłą szybkością. Ułatwił jej początek rozmowy, przemawiając tak grzecznie, to bardzo, bardzo pięknie z jego strony. Teraz czuje, że pójdzie jej o wiele łatwiej; postępuje więc kilka kroków i staje tuż przed Janem z dziwną w niej determinacją.
— Pan Jan wczoraj się po trudził uwolnić mnie od tego wagabundy — mówi wolno, spuszczając oczy ku ziemi — chciałam więc podziękować... i przeprosić, że beze mnie tyle miał pan Jan turbacji.
Jan nadyma się i opiera na miotle z postawą niezwalczonego rycerza.
— Furda! Nie ma o czym mówić. Rozklapał mi ta nos trochę, ale to się zagoi, za to jakem go zamalował, to się aż o bramę oparł — odpowiada z pyszną pogardą dokonanego dzieła.
Kaśka z uwielbieniem spogląda na „rozklapany” nos, mieniący się barwą purpurowo-granatową na okrągłej twarzy stróża.
— To musi pana Jana boleć — mówi zmartwiona szczerze tym widomym znakiem walki, której była mimowolną sprawczynią.
Jan macha ręką.
— Et, drobiazgowość! Nie ma o czym gadać. Tylko, po co panna tak sama po nocy łazi? Zawszeć to nie ma bezpieczeństwa. Jak dziewczyna idzie tak osobliwie, to mężczyzna ciągnie ku niej. To rzecz postanowiona!
Na Kaśkę uderzają płomienie. Nie! — on teraz gotów pomyśleć, że ona umyślnie chodzi, aby znajomości szukać... Musi się z tego wytłumaczyć — niech wreszcie wie, z kim ma do czynienia.