Jan skrzywił usta i patrzy z rodzajem pogardy na grupę pijanych mężczyzn.

Ot! Jak się prosty człowiek upije, to nie dziwy, to rzecz zupełnie zwykła, ale „panowie” z surdutami na grzbiecie robią takie „szpektakle” w biały dzień... czyste pokaranie.

W dodatku poznaje w niektórych tak zwanych „gazetników” — bo jak studentom posługiwał, to nieraz go z papierami do „Gazety” posyłali; bo to studenci — to ludzie dużo piszący! Jan nieraz widział w „jadministracji” tego pana z wąsami, ba, i tego małego, co go ten wysoki po kapeluszu bez przyczyny wali. Wie, że to „jentelegentniki”, co napiszą to drukują — i ludzie czytają; ale cóż z tego, kiedy się włóczą po knajpach jak prosty naród, co to prócz kieliszka nic na świecie nie ma.

I zdrowym chłopskim rozumem ocenia całą ohydę podobnych postępków, mówiąc do stojącej obok niego Kaśki:

— A to ci jenteligencja, jak się to wiechciem wala!

Tymczasem wśród grupy pijanych ludzi „wyższych” nie rozebrano jeszcze kwestii: dlaczego właściwie głowa małego jegomości cierpi, gdy uderzenia są przeznaczone dla kapelusza?

Literat „bez kondycji” opiniował, że owego młodzieńca głowa nie może boleć, gdyż osobliwość ta głowy nigdy nie miała; aktor, nie zwracając uwagi na te wywody, zresztą dość logiczne, uderzał bezustannie w wierzch cylindra z cierpliwością godną lepszej sprawy, czym zniecierpliwiony mały jegomość odezwał się nagle przerywanym czkawką głosem:

— Słuchaj! Jeśli ty sądzisz, że mnie chodzi o ten cylinder... to patrz, co ja z niego zrobię!

I przy ostatnich słowach cisnął o ziemię z wielką brawurą nieszczęsny kapelusz, który upadł w sam środek rynsztoka, obryzgując całe towarzystwo błękitną cieczą.

Całe grono zdumiało się nad tym szczytem abnegacji i z prawdziwym smutkiem wpatrywało się w czerniejący wśród rynsztoka kapelusz.