— Nie miejsce człowieka... lecz człowiek miejsce zdobi.
I poprawił się w rynsztoku, z prawdziwie pijackim uporem wciskając swe ciało w wąski otwór rowu.
Słońce tymczasem wschodziło ponad miastem, na kształt ptaka o wielkich purpurowych skrzydłach. Szara zasłona kryjąca horyzont rozdzierała się z wolna, rumieniąc się na rąbkach tych szczelin jak rana jeszcze niezagojona.
Złote krzyże kościołów odbijały promienie słońca i świetlanymi strzałami błyskały w przestrzeni. Okna otwierały się jedne po drugich jak oczy Argusa21, a z ich otwartych wnętrz wypływały ostatnie cienie nocy uwięzione w alkowach wraz z żółtawym światłem dogasającej lampki.
Ludzie pojawiali się coraz częściej na chodnikach, a od strony śródmieścia dolatywał gwar tysiąca głosów — harmonijna kapela odzywająca się codzienną wczesną serenadą.
Gromada pijanych mężczyzn, po krótkiej naradzie wydobywszy z rynsztoka bezprzytomnego prawie aktora, kierowała się ku otwartym drzwiom, nad którymi widniał napis: „Wyszynk piwa i wódki”.
Od kilku chwil przecież mały rzeźbiarz otworzył oczy i wpatrzył się z uporem w stojącą opodal Kaśkę. Ona, pełna zdziwienia, przypatrywała się tym „panom”, tak porządnie, według niej, ubranym, a włóczącym po ulicy skutki rozpusty i całonocnej pijatyki. Tym bardziej jej to dziwne, że poznaje pomiędzy nimi tych panów, którzy ofiarowywali jej po „trzy szóście” za godzinę jakiegoś oblepiania ją gliną.
Jeżeli człowiek może na takie zbytki wydać aż trzy „szóście”, to musi być bogaty, bo Kaśka wie, jak to długo na taki krajcar pracować trzeba.
Wobec coraz większego gwaru i ruchu przepełniającego ulicę wesołe grono zdecydowało się opuścić tymczasową stację nad rynsztokiem i udać się w dalszą podróż. Przedtem jednak pożegnano czule artystę dramatycznego, zajmującego pokój w kamienicy, koło której stali. Rozrzewniony artysta znikł w bramie, unosząc za sobą ostatni pocałunek małego jegomości, który tak bohatersko pozbył się kapelusza, a teraz z odkrytą głową śpieszy na czele całej gromady, wytrzeszczając swe blade, wypełzłe oczy na zdziwionych tym niezwykłym spojrzeniem przechodniów. Powoli oderwał się od ściany i mały rzeźbiarz, posuwając naprzód swą drobną postać, ciążącą mu jednak niezwykłym ciężarem. Wlókł się, nie odrywając podeszew i kiwając głową za każdym krokiem. Gdy przechodził koło Kaśki, stanął, wsuwając zwykłym sobie ruchem brudne ręce w kieszenie marynarki.
— Ty! — wyrzekł powoli — namyśl się... ja z ciebie arcydzieło stworzę... Tylko nie bądź głupia! Inaczej każ się wypchać trocinami i w pasy pomalować!...