Okiem biegłego znawcy ocenił płytkość umysłu Julii i zrozumiał wątpliwą białość jej pończoch. Walka była krótka — łatwo pojąć, że ładny student zwyciężył. Zresztą, Julia nie broniła się wcale.
Przyszła na pierwszą schadzkę wpół senna, dopiero później ożywiała się stopniowo. Czy ta kobieta przywiązała się do młodego chłopca? — odgadnąć było niepodobieństwem. Urządzając schadzki z kochankiem, miała tę samą leniwą obojętność, z jaką konferowała z własną sługą co do wielkości sumy oszczędzonej na zakupie obiadowych wiktuałów. Gdy zapalała ulubione trociczki, oczy jej migotały tym samym niezdrowym blaskiem, jaki świecił w jej źrenicach przy wsiadaniu do oczekującego na nią w nocnej porze fiakra.
Blask ten gasł szybko, równocześnie ze zgaśnięciem czerwonego ogniska tlejącej trociczki lub z ostatnim pocałunkiem, jaki kochanek wyciskał na jej białej szyi. Julia kilkakrotnie chciała już pociągnąć Kaśkę na swą stronę i podsunąć jej myśl drobnej koszykowej kradzieży. Sądziła jednak, że Kaśka, sama wyćwiczona w takich wypadkach, ułatwi jej początek rozmowy. Z największą pozorną obojętnością przysłuchiwała się wieczornemu rachunkowi, który Kaśka obowiązana była zdawać codziennie samemu Budowskiemu; ale w gruncie rzeczy z niezmierną pilnością śledziła wymienioną przez Kaśkę cyfrę, którą Budowski do jednej ze znanych czarnych ksiąg wpisywał. Ale próżne były wysiłki pani Julii. Jakkolwiek wrodzonym już instynktem kobiecym znała się lepiej na drobiazgowym gospodarstwie aniżeli mąż, nie mogła w rachunkach Kaśki pochwycić ani jednej niedokładności, chęci sprzeniewierzenia najdrobniejszej centowej kwoty.
Głucha złość opanowywała umysł Julii.
Siedząc tak w półcieniu, patrzyła na wyniosłą postać Kaśki stojącej przy progu.
Julia czuła, że musi ją uczyć abecadła drobnego, powszedniego grzechu — to ją gniewało i sama myśl nużyła niewypowiedzianie. Wolałaby przyjść jak zawsze do gotowego. Jednak jak wszystko mieć musi swój koniec, tak i nieposzlakowana uczciwość Kaśki musiała się zarysować i zachwiać raz na zawsze. Uczciwa, pełna szlachetnej prostoty nie mogła iść dłużej przez życie. Graniczyłaby wtedy z istotami pozbawionymi rozumu według pojęć świata, w jakim się obracała. Uczciwość jej, nieugruntowana, nieutwierdzona rozwinięciem umysłowym, które faktami udowadnia konieczność istnienia uczciwości, musiała zachwiać się wśród ciemności, w których kroczyła do tej chwili, niepewna potrzeby swej egzystencji, niemająca gruntu pod stopami.
Zresztą przypadek był sprzymierzeńcem Julii.
Kaśka była zakochana.
Nie mówię „Kaśka kochała”, ale po prostu: „Kaśka była zakochana”.
Była to miłość prosta, zwykła, prawie trywialna, a przecież mimo to niepozbawiona lekkiego sentymentalizmu. Kaśka, pomimo swego niskiego stanowiska, była przede wszystkim kobietą wchodzącą dopiero w świat, doznającą po raz pierwszy na widok Jana odmiennego uczucia od zwykłego przestrachu, jaki w niej wszyscy mężczyźni do tej chwili wzbudzali. Kaśka czuła gwałtowną potrzebę dobrego słowa i przyjaźniejszego obejścia. Julia, nie wiedząc o tym, uczyniła z niej wspólniczkę swego występku jednym przychylniejszym zdaniem rzuconym w głębi ciemnej kuchenki. Potrzeba ta nie mogła wszakże długo być zapełniona przez łagodny głos drugiej kobiety; w Kaśce budziła się kobieta domagająca się wielkim głosem praw swoich, nie tylko w znaczeniu zmysłowym, ale i duchowym. Tak jest, Kaśka, mimo wszystko, miała duszę pragnącą marzyć bodaj przy balii, rwącą się smutną, w dzieciństwie zasłyszaną piosenką na usta obrzmiałe od bezustannego dmuchania w samowar, cisnącą się z głośnym westchnieniem z piersi pełnej dymu i swędu przypalonej patelni.