Kaśka przecież nie dręczy się takimi drobnostkami. Wie, że pracować musi, bo jest do tego stworzona. Dziś czuje się nawet szczęśliwa, a sumienie zagłuszyło rodzące się w jej sercu przywiązanie do Jana. Skądże by wzięła na krochmal i mydło? Wolałaby wcale nie iść na „szpacer” — niż wyjść jak brudas. A przecież ten „szpacer” — to cała jej rozrywka, o której myśli całe trzy tygodnie!... Patrząc na swoją sztywną sukienkę, na czyściuchną spódniczkę i koszulę, nie żałuje ukradzionych pieniędzy.
Mój Boże!... Te kilka centów pana nie zubożą, a jej dały możność wystąpienia porządnie przed Janem.
Tylko ten kapelusz!...
*
— Wielkie okazy! Zwierzęta z krajów azjatyckoamerykańskich, lesiste poczwary, tygrysy ogoniaste, komgury workowate! Wielmożna publiczność, proszę do środka! Wąż Boa, trzy łokcie wokrąg mający, w tej chwili karmienie padliną, antre22 dziesięć grajcar, dzieci i żołnierze połowę...
Kaśka otworzyła szeroko oczy i usta, a na dobitne szturknięcie Jana zamknęła usta bezzwłocznie.
Stali przed płócienną budą, ciągnącą swój szary, długi korpus wzdłuż placu pełnego śmieci i kup rozmaitej wielkości kamieni. Do zewnętrznej ściany, od strony chodnika, przybite olbrzymie tablice przedstawiały dwóch mężczyzn we frakach i damę w piernikowej sukni trzymających w wyciągniętych rękach potwornej wielkości węża, zapewne owego Boa, znajdującego się wewnątrz namiotu. Ponad samym wejściem widniał wielki napis „West-Ind-Menagerie”, równie niezrozumiały dla prostaczków, jak i dla uczonych.
Innego wszakże zdania był nasz Jan, który przekręciwszy czapkę na lewe ucho, z nadzwyczajną znajomością rzeczy wyłożył ogłupiałej Kaśce, co znaczy west-ind-menagerie. Po czym, poczęstowawszy kilkoma kułakami kilka osób z tłumu oblegającego dokoła wejście namiotu, utorował sobie w ten delikatny sposób drogę do kilku stopni prowadzących na rodzaj maluchnej scenki służącej za przedsionek, kasę i foyer owego płóciennego budynku.
Kaśka, według instrukcji Jana uczepiona u poły jego „tuziurka”, z obawy zgubienia się w tłumie, patrzyła z podziwieniem na ogromnego draba w fantastycznej zielonej kurtce, w długich ceratowych sztylpach na zrudziałych i wykrzywionych butach i z wielką szpicrutą w brudnej, włosem obrośniętej ręce.
Drab ów wygłaszał schrypniętym głosem tyradę przytoczoną na początku rozdziału. Mówił ją płynnie, bez zająknienia, patrząc szklanymi oczami w przestrzeń. Był to widocznie przewodnik po owej menażerii, jeden z jej nielicznych okazów, posiadających tylko mowę, lecz tak samo źle żywiony i drżący pod płótnem namiotu.