I wszystkie oczy zwracają się na Kaśkę, która rzeczywiście w tym całym zgromadzeniu przedstawia najlepszy materiał spożywczy.

Ona, zawstydzona, zmieszana, bezwiednie przysuwa się do Jana, jakby szukając u niego opieki i ratunku.

— Ty! Cisarska sługo! — wrzeszczy Jan, rozstawiając szeroko nogi — stul tam dziapę, bo ci się prababka przyśni, jak cię lunę w kontramarkę!

Kaśka przypomina sobie zajście z kanonierem i przerażona, stara się uspokoić rozdrażnienie Jana, tym bardziej, że i ułan chce załatwić sprawę w sposób dość stanowczy. Na szczęście, wnoszą małego, białego królika — i ciekawość przemaga drażliwość honoru. Ci panowie milkną i wpatrują się z ciekawością w niezwykły widok przedstawiający się ich oczom.

Żydek z Brodów chwyta w obie ręce nieszczęśliwego królika, nader zręcznie rozdziera go i wyjmując z wnętrza ciepłe, krwią ciekące wnętrzności, zaczyna zajadać go bez żadnego wstrętu. Obok niego na estradzie pojawia się człowiek w zielonej kurtce i monotonnym głosem wygłasza następującą tyradę.

— Oto jest lediżerca! Po rusku, mieszkaje na libanckoj hore; jak Angliki na Turcję iszli, tak go złowili a oswoili. Pod Wiedniem starą babę złowił, złupił a zjadł!

Schrypnięte tony katarynki wpadały przez zasłonę i mieszały się z głosem mężczyzny. Tak jak ta katarynka, jęcząca w tej chwili Miserere Verdiego, grała wiecznie jedno i to samo, pragnąc rozweselić nędzę panującą pod płóciennym namiotem — tak i ten człowiek recytował od lat kilku jedne i te same brednie, włócząc się po rozmaitych zakamarkach, wsiach i miasteczkach.

Na estradzie ludożerca zajadał ciągle królika mieszając farbę swego ciała z krwią zwierzęcia. Było to ohydne rzemiosło wykonywane dla łatwego zarobku, dziwne w człowieku żydowskiego pochodzenia, który zwykle przekłada drobną ruchliwość handlu nad bezczynne życie. Krew królika ściekała na ziemię, zastygając na suknie pokrywającym estradę. Pełno było tych plam naokoło, nawet na ścianach namiotu.

Stojąca u stóp podwyższenia garstka ludzi patrzyła w milczeniu na akt rozdzierania królika i tłumiąc oddech w sobie, śledziła najlżejszy ruch mniemanego ludożercy. Kaśka w przerażeniu przycisnęła się do Jana, który, korzystając z chwilowego zapomnienia się dziewczyny, szczypał ją lekko w ramię. Ona przecież nie gniewała się teraz za to. Ból ten sprawiał jej jakąś przyjemność, nie taką wprawdzie, jaką na widok Jana doznawała. O! Nie — to było zupełnie co innego, ale teraz za każdym dotknięciem się stróża ogarniała ją dziwna niemoc, osłabienie, które nie dozwalało się bronić i zbyt śmiałej ręki odtrącać.

Dlatego i teraz stoi przed estradą wpatrzona w ludożercę dojadającego resztki królika, ale mimo to czuje dobrze owo szczypanie Jana w ramię, tuż nad łokciem. Dawniej broniłaby się z pewnością — teraz nie ma po prostu siły. Mój Boże, Jan był dla niej dziś tak dobry! Przyszedł po nią aż do kuchni i powiedział, że „szykantno” wygląda. Mógłby przecież zgrymasić, bo dziewczyna bez kapelusza — to już wielka nędzota, ale on, przeciwnie, mówi, że woli dziewczynę „we włosach”, bo okrzętniej wygląda.