Lecz oto staje się rzecz nieprzewidziana:

Rena rękę swoją cofa.

Nie dozwoliła mu nawet musnąć paznogci.

Tych długich pazurów pantery.

Położyła znów rękę na obrusie i jakimś skurczem dzikim wpiła te pazury różowe w obrus.

Patrzy na tę grę Halski i myśli:

— „Gdyby tak we mnie! W mój kark, w moją skórę!”

Przeszywa go dreszcz.

Wzięła go...

I pragnie jej.